W styczniu trafilam do lekarza z powodu pewnego "kobiecego" problemu, ktory okazal sie wystapic u mnie z powodu stresow zwiazanych z egzaminacja koncowa (ukonczylam roczne studium canine coach, czyli instruktora psiej tresury). Tak sobie rozmawialismy i rozmawialismy i zeszlismy na temat zajscia w ciaze, a raczej naszych z tym trudnosci. Zeszlismy na temat regularnosci, a raczej nieregularnosci cyklicznej - i wyszlam z gabinetu z recepta na lek zwany Provera, ktory swoim syntetycznym progesteronem mialby posluzyc uregulowaniu mojego cyklu.
Mialam je brac 10 dni z rzedu, a potem czekac na "te dni", potem odliczac 20 dni i znowu 10 dni kuracji. Po pierwszych dziesieciu tabletkach wyczytalam we wszystkich mozliwych zrodlach internetowych, ze krwawienie wystepuje 1-4 dni po ostatniej tabletce. Dzien czwarty, wyglada na to, ze jestem "przepisowa".
Tak... tyle ze przepisowo nie trwa ono 5-6 godzin i potem zanika...
Dwa dni odczekalam, ale jako ze juz wczesniej czytalam niejednokrotnie, ze krwawienie w ciazy moze wystepowac, siegnelam po pierwszy test. To bylo dokladnie 20. lutego. Cyfrowy test Clearblue z wyznacznikiem tygodni pokazal po raz pierwszy w zyciu "gravid" ("w ciazy").
Jeszcze pare testow innego rodzaju zrobilam, zeby sie upewnic. Dwa dni pozniej nie bylo watpliwosci:
Moja radosc nie trwala jednak zbyt dlugo, gdyz pare dni pozniej pojawilo sie brunatne plamienie. Przestraszylo mnie, nie dalo mi spac po nocach ani cieszyc sie w pelni urlopem lutowo-marcowym. Pierwsze spotkanie z polozna: 5 marca. Polozna mowi, ze trzeba naturalnie, ze trzeba wyluzowac, ze bedzie dobrze, jesli dobrze ma byc. Fajne podejscie, prawda? Niemniej jednak dostalam skierowanie na wczesne USG jeszcze w marcu. Glupia jednak bedac zabukowalam juz tydzien wczesniej prywatnie. I co? Prywatnie okazalo sie, ze oprocz pecherzyka nic nie widac, a lekarz jeszcze okazal sie byc tak nieczuly, ze stwierdzil, ze w ciazy bylam, ale czy jestem, to on nie wie... Zero pozytywnosci!
Tydzien pozniej na tym USG od poloznej pewna bylam, ze to pusty pecherz plodowy, ze cialo mnie oszukuje - czulam sie po prostu strasznie. Caly tydzien byl okropny.
Jakiez bylo moje zdziwienie i jaka radosc, gdy okazalo sie, ze pecherz w tygodniu siodmym wyglada tak:
a serduszko bije dokladnie jak powinno.
Mimo wszystko nie czulam sie jeszcze tak do konca przekonana o mojej ciazy, zwlaszcza gdy objawy zaczely zanikac w ostatnich dniach (okazuje sie, ze normalne, ale powiedzcie mi, co wedlug szwedzkiej sluzby zdrowia nie jest normalne w ciazy?). Dostalam skierowanie na kolejne USG, zeby uspokoic nerwy i dzis oboje z Panem Mezem ogladalismy nieco leniwe, ale zupelnie przypominajace czlowieka dziecie nasze:
To teraz historie i zdjecia prezentuje, zeby nie bylo ;-)
wtorek, 15 kwietnia 2014
czwartek, 10 kwietnia 2014
Jeszcze tylko pare dni...
Siedze jak na gwozdziach i juz bym chciala, juz. Na przedwczoraj, na dzis, na jutro... Nie chce, nie moge czekac do przyszlego tygodnia! Sprawe zdaje sobie jednak z tego, ze to juz tylko pare dni, pare dni, w trakcie ktorych wiele sie dzieje, a bede mogla uchylic rabka tajemnicy, podzielic sie usmiechem. Pomachac Wam nadzieja.
Brakuje mi odwagi.
I wiary w siebie mi brakuje.
Jeszcze tylko pare dni...
Brakuje mi odwagi.
I wiary w siebie mi brakuje.
Jeszcze tylko pare dni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


