Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zycie prywatne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zycie prywatne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 czerwca 2017

Guns'n'f*ckin'roses

Taka tradycja juz u mnie bedzie teraz? Jeden post na rok? Prosze bardzo, dzis bedzie wiec post na rok 2017.
Do refleksji zmusilo mnie wczorajsze wydarzenie muzyczne.

Pamietam, jak siedzialam w pokoju mojego rodzenstwa i przegladalam telegazete na niemieckim kanale muzycznym Viva (telegazeta to taki prekursor mediow socjalnych). Styczen 1999. Guns'N'Roses wracaja na scene! Pamietam to szczescie, ktore przepelnilo cale moje niespelna 15-letnie wtedy jeszcze cialo - moze marzenie sie zisci i bede mogla widziec ich live? Axl Rose, Slash, Duff McKagan... moze jeszcze Clarke lub Stradlin, albo Dizzy Reed, albo Steven Adler, albo chociaz Matt Sorum... Fantastycznie! Cudownie!

O czym nie mialam pojecia tego dnia to o tym, ze na ten koncert bedzie mi czekac jeszcze 18.5 roku! Ale sluchajcie, doczekalam sie (o czym z cala pewnoscia wiecie, chocby z tego powodu, ze zespol wybral Polske jako miejsce koncertu jeszcze przed Szwecja, wiec polscy fani widzieli Gunsow pare dni wczesniej). Wczoraj o 17.55 siedzialam za kierownica mojego juz rozlatujacego sie Berlingo (samochodowi temu poswiece moze osobny post innego pieknego dnia, bo to temat jest we wlasnej klasie), zestresowana do granic niemozliwosci, by o 18.30 zjawic sie na Friends Arena (Solna/Sztokholm), bo taka dziwna kolejnosc zespolow tego wieczoru wybrano, ze szwedzki support Backyard Babies gral jako pierwszy, a amerykanski The Darkness jako drugi. Ja panow z Backyard Babies bardzo lubie i bardzo zobaczyc chcialam, za to The Darkness w ogole nie bylam i nie jestem zainteresowana.

Niemniej jednak po prawie godzinie oczekiwania (po zakonczeniu wystepu The Darkness) i zameczenia naszych biednych uszu ABBA (nie zdziwilabym sie wcale, gdyby okazalo sie, ze to prywatne zyczenie Slash'a...) na scenie pojawili sie panowie z zespolu z moich najwiekszych, nastoletkich marzen (szkoda tylko, ze wygladac nie moga nadal jak w moich nastoletnich marzeniach, haha, ale z drugiej strony, kto z nas tak samo jak wtedy wyglada?).
I wiecie co? Na poczatku czulam sie cudownie, ale szybko pozytywne te wibracje zmienily sie w rozczarownie, a momentami nawet znudzenie. Serio! Dzwiek na wielkim stadionie, jakim jest Friends Arena, jest okropny i muzyka byla jednym wielkim balaganem! Solowki Slash'a ciagnely sie w nieskonczonosc - jasne, to Slash i wiadomo, najlepszy gitarzysta na swiecie, najcudowniejszy i w ogole, ale jednak jest roznica miedzy imponowaniem nad widownia, bo 25-latek jest zarabisty technicznie, a pokazem a'la Ibrahimovic ("Wszyscy oni poszli w piach, bede spiewal tylko ja"... jak to kiedys brzmialo w wykonaniu Big Cyca) w wykonaniu 55-latka, ktory na cwiczenia gry na gitarze mial cos okolo pol wieku!

Koncert byl magicznie dlugi - dla widowni spragnionej wszystkich hitow z cala pewnoscia fantastyczny, dla mnie spragnionej poczucia jakiegos muzycznego FEELINGU w calym tym echowym chaosie - nie za bardzo. Pierwszy raz spojrzalam na zegarek juz po 22 minutach, potem po 40 i tak co 15-20 minut reszte koncertu. Po 2 godzinach odliczalam juz minuty do konca, po 2 godzinach i 35 minutach zostalam poproszona przez mojego totalnie wymeczonego meza o to, zebysmy moze sie zebrali do domu, zanim reszta 55000 osob obecnych na stadionie zechce z niego ruszyc w jednej i tej samej chwili. Ja oczywiscie czekalam na cud w postaci "Paradise City", ale w koncu po 2 godzinach i 40 minutach poddalam sie i stwierdzilam, ze wracam do samochodu i do domu do mojego dziecka, ktore ten wieczor spedzalo w towarzystwie moich przyjaciol, ktorzy sami maja 9-miesiecznego synka, ktory moze wolalby spac w domu niz jezdzic nocami samochodami po drugim koncu miasta.

Okazalo sie, ze Gunsi grali jeszcze okolo pol godziny. Koncert zakonczyl sie oczywiscie Paradise City, ktorego juz nie uslyszalam, ale mysle sobie, ze nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo - przynajmniej ta piosenka nie bedzie kojarzyc mi sie z muzyczna meczarnia na Friends Arena.

Czy jestem zniesmaczona? Nie, ciesze sie, ze na koncert poszlam. Czy poszlabym na ten koncert jeszcze raz? Tak, ale juz bez meza. I z zatyczkami do uszu. I z termosem z kawa. I moze ewentualnie z przenosnym kiblem, zeby sali nie opuszczac na sikanie z powodu przyjecia zbyt duzej ilosci czarnego eliksiru. Ale zachwycona nie jestem, przynajmniej nie w achach i ochach jak wszyscy (wydaje sie) inni.

I dziwne mnie sie tylko wydaje to, ze najlepszym momentem koncertu bylo "Rocket Queen", za ktorym to utworem osobiscie wcale nie przepadam, a np. "Sweet Child o' Mine" wydawalo sie takie... wymuszone...


Najlepiej z tego wszystkiego prezentowal sie pan McKagan. Jest jeszcze w zyciu nadzieja ;-)

środa, 7 maja 2014

15+0

Do przodu, kochani, do przodu. Dzis witamy tydzien 16. Chociaz momentami bylo nieciekawie. Jak w Wielki Piatek na przyklad... Albo 1.maja... W sobote nie wytrzymalam i zakupilam detektor tetna plodu. Wieczor mial byc niezapomniany - ja, Pan Maz i Nasze Nienarodzone. Oczywiscie zadnego tetna to holenderskie gowienko nie wyczulo... W poniedzialek probowalam sama. Nadal nic. Zlapal mnie wtedy dol niesamowity. Ale nic, podnioslam sie z tego wszystkiego, a wczoraj stwierdzilam, ze sie nie poddaje i ze tetno odslucham, tyle ze juz ostatni raz na jakis czas, bo podobno nie jest to takie najzdrowsze dla Dzieciecia Ukrytego. Juz sie mialam poddac, gdy w koncu z lewej (gdzie ja w ogole pewna bylam, ze macica juz dawno sie skonczyla, a tam jajnik jest) wpadlam na lomocace serduszko.

Pamietam jak w dziecinstwie spedzalismy wakacje u dziadka. Dziadek mial troche zwierzatek, dlatego lubilismy tam przebywac. Byly tam miedzy innymi kroliczki. I te kroliczki takie troszke mniej oswojone, zwlaszcza jak male byly jeszcze i dopiero przyzwyczajalismy je do ludzkich rak - tym przestraszonym, malym kroliczkom tak lomotaly serduszka, jak Naszemu Nienarodzonemu wczoraj. Tyle, ze w przypadku tetna plodu to normalne i tylko cieszyc sie mozna, ze serducho wydaje sie byc zupelnie zdrowe :-)

Dzis juz uspokojona moglam usmiechac sie sama do siebie mimo wichury, chmur i tych marnych 5 stopni na plusie.

A swoja droga... niedawno 22 mielismy...

Rozmawialam w poniedzialek z moja polozna, uspokoila mnie w sprawie skurczy brzucha, doszlysmy obie do wniosku, ze to jelita, a nie macica, wiec jestem teraz na diecie, a przynajmniej staram sie. Czy ja juz mowilam, ze nienawidze siemienia lnianego?

wtorek, 15 kwietnia 2014

Historie i zdjecia prezentuje (zeby nie bylo) ;-)

W styczniu trafilam do lekarza z powodu pewnego "kobiecego" problemu, ktory okazal sie wystapic u mnie z powodu stresow zwiazanych z egzaminacja koncowa (ukonczylam roczne studium canine coach, czyli instruktora psiej tresury). Tak sobie rozmawialismy i rozmawialismy i zeszlismy na temat zajscia w ciaze, a raczej naszych z tym trudnosci. Zeszlismy na temat regularnosci, a raczej nieregularnosci cyklicznej - i wyszlam z gabinetu z recepta na lek zwany Provera, ktory swoim syntetycznym progesteronem mialby posluzyc uregulowaniu mojego cyklu.

Mialam je brac 10 dni z rzedu, a potem czekac na "te dni", potem odliczac 20 dni i znowu 10 dni kuracji. Po pierwszych dziesieciu tabletkach wyczytalam we wszystkich mozliwych zrodlach internetowych, ze krwawienie wystepuje 1-4 dni po ostatniej tabletce. Dzien czwarty, wyglada na to, ze jestem "przepisowa".

Tak... tyle ze przepisowo nie trwa ono 5-6 godzin i potem zanika...

Dwa dni odczekalam, ale jako ze juz wczesniej czytalam niejednokrotnie, ze krwawienie w ciazy moze wystepowac, siegnelam po pierwszy test. To bylo dokladnie 20. lutego. Cyfrowy test Clearblue z wyznacznikiem tygodni pokazal po raz pierwszy w zyciu "gravid" ("w ciazy").
Jeszcze pare testow innego rodzaju zrobilam, zeby sie upewnic. Dwa dni pozniej nie bylo watpliwosci:

Moja radosc nie trwala jednak zbyt dlugo, gdyz pare dni pozniej pojawilo sie brunatne plamienie. Przestraszylo mnie, nie dalo mi spac po nocach ani cieszyc sie w pelni urlopem lutowo-marcowym. Pierwsze spotkanie z polozna: 5 marca. Polozna mowi, ze trzeba naturalnie, ze trzeba wyluzowac, ze bedzie dobrze, jesli dobrze ma byc. Fajne podejscie, prawda? Niemniej jednak dostalam skierowanie na wczesne USG jeszcze w marcu. Glupia jednak bedac zabukowalam juz tydzien wczesniej prywatnie. I co? Prywatnie okazalo sie, ze oprocz pecherzyka nic nie widac, a lekarz jeszcze okazal sie byc tak nieczuly, ze stwierdzil, ze w ciazy bylam, ale czy jestem, to on nie wie... Zero pozytywnosci!
Tydzien pozniej na tym USG od poloznej pewna bylam, ze to pusty pecherz plodowy, ze cialo mnie oszukuje - czulam sie po prostu strasznie. Caly tydzien byl okropny.
Jakiez bylo moje zdziwienie i jaka radosc, gdy okazalo sie, ze pecherz w tygodniu siodmym wyglada tak:
a serduszko bije dokladnie jak powinno.

Mimo wszystko nie czulam sie jeszcze tak do konca przekonana o mojej ciazy, zwlaszcza gdy objawy zaczely zanikac w ostatnich dniach (okazuje sie, ze normalne, ale powiedzcie mi, co wedlug szwedzkiej sluzby zdrowia nie jest normalne w ciazy?). Dostalam skierowanie na kolejne USG, zeby uspokoic nerwy i dzis oboje z Panem Mezem ogladalismy nieco leniwe, ale zupelnie przypominajace czlowieka dziecie nasze:

To teraz historie i zdjecia prezentuje, zeby nie bylo ;-)