Do refleksji zmusilo mnie wczorajsze wydarzenie muzyczne.
Pamietam, jak siedzialam w pokoju mojego rodzenstwa i przegladalam telegazete na niemieckim kanale muzycznym Viva (telegazeta to taki prekursor mediow socjalnych). Styczen 1999. Guns'N'Roses wracaja na scene! Pamietam to szczescie, ktore przepelnilo cale moje niespelna 15-letnie wtedy jeszcze cialo - moze marzenie sie zisci i bede mogla widziec ich live? Axl Rose, Slash, Duff McKagan... moze jeszcze Clarke lub Stradlin, albo Dizzy Reed, albo Steven Adler, albo chociaz Matt Sorum... Fantastycznie! Cudownie!
O czym nie mialam pojecia tego dnia to o tym, ze na ten koncert bedzie mi czekac jeszcze 18.5 roku! Ale sluchajcie, doczekalam sie (o czym z cala pewnoscia wiecie, chocby z tego powodu, ze zespol wybral Polske jako miejsce koncertu jeszcze przed Szwecja, wiec polscy fani widzieli Gunsow pare dni wczesniej). Wczoraj o 17.55 siedzialam za kierownica mojego juz rozlatujacego sie Berlingo (samochodowi temu poswiece moze osobny post innego pieknego dnia, bo to temat jest we wlasnej klasie), zestresowana do granic niemozliwosci, by o 18.30 zjawic sie na Friends Arena (Solna/Sztokholm), bo taka dziwna kolejnosc zespolow tego wieczoru wybrano, ze szwedzki support Backyard Babies gral jako pierwszy, a amerykanski The Darkness jako drugi. Ja panow z Backyard Babies bardzo lubie i bardzo zobaczyc chcialam, za to The Darkness w ogole nie bylam i nie jestem zainteresowana.
Niemniej jednak po prawie godzinie oczekiwania (po zakonczeniu wystepu The Darkness) i zameczenia naszych biednych uszu ABBA (nie zdziwilabym sie wcale, gdyby okazalo sie, ze to prywatne zyczenie Slash'a...) na scenie pojawili sie panowie z zespolu z moich najwiekszych, nastoletkich marzen (szkoda tylko, ze wygladac nie moga nadal jak w moich nastoletnich marzeniach, haha, ale z drugiej strony, kto z nas tak samo jak wtedy wyglada?).
I wiecie co? Na poczatku czulam sie cudownie, ale szybko pozytywne te wibracje zmienily sie w rozczarownie, a momentami nawet znudzenie. Serio! Dzwiek na wielkim stadionie, jakim jest Friends Arena, jest okropny i muzyka byla jednym wielkim balaganem! Solowki Slash'a ciagnely sie w nieskonczonosc - jasne, to Slash i wiadomo, najlepszy gitarzysta na swiecie, najcudowniejszy i w ogole, ale jednak jest roznica miedzy imponowaniem nad widownia, bo 25-latek jest zarabisty technicznie, a pokazem a'la Ibrahimovic ("Wszyscy oni poszli w piach, bede spiewal tylko ja"... jak to kiedys brzmialo w wykonaniu Big Cyca) w wykonaniu 55-latka, ktory na cwiczenia gry na gitarze mial cos okolo pol wieku!
Koncert byl magicznie dlugi - dla widowni spragnionej wszystkich hitow z cala pewnoscia fantastyczny, dla mnie spragnionej poczucia jakiegos muzycznego FEELINGU w calym tym echowym chaosie - nie za bardzo. Pierwszy raz spojrzalam na zegarek juz po 22 minutach, potem po 40 i tak co 15-20 minut reszte koncertu. Po 2 godzinach odliczalam juz minuty do konca, po 2 godzinach i 35 minutach zostalam poproszona przez mojego totalnie wymeczonego meza o to, zebysmy moze sie zebrali do domu, zanim reszta 55000 osob obecnych na stadionie zechce z niego ruszyc w jednej i tej samej chwili. Ja oczywiscie czekalam na cud w postaci "Paradise City", ale w koncu po 2 godzinach i 40 minutach poddalam sie i stwierdzilam, ze wracam do samochodu i do domu do mojego dziecka, ktore ten wieczor spedzalo w towarzystwie moich przyjaciol, ktorzy sami maja 9-miesiecznego synka, ktory moze wolalby spac w domu niz jezdzic nocami samochodami po drugim koncu miasta.
Okazalo sie, ze Gunsi grali jeszcze okolo pol godziny. Koncert zakonczyl sie oczywiscie Paradise City, ktorego juz nie uslyszalam, ale mysle sobie, ze nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo - przynajmniej ta piosenka nie bedzie kojarzyc mi sie z muzyczna meczarnia na Friends Arena.
Czy jestem zniesmaczona? Nie, ciesze sie, ze na koncert poszlam. Czy poszlabym na ten koncert jeszcze raz? Tak, ale juz bez meza. I z zatyczkami do uszu. I z termosem z kawa. I moze ewentualnie z przenosnym kiblem, zeby sali nie opuszczac na sikanie z powodu przyjecia zbyt duzej ilosci czarnego eliksiru. Ale zachwycona nie jestem, przynajmniej nie w achach i ochach jak wszyscy (wydaje sie) inni.
I dziwne mnie sie tylko wydaje to, ze najlepszym momentem koncertu bylo "Rocket Queen", za ktorym to utworem osobiscie wcale nie przepadam, a np. "Sweet Child o' Mine" wydawalo sie takie... wymuszone...



