sobota, 29 grudnia 2012

Dom (a raczej jego cien)

Przegladalismy ostatnio ogloszenia o domach na sprzedaz w naszym wojewodztwie. Wystarczajaco daleko, zeby nie miec do czynienia z "miastowymi" ludzmi. Wystarczajaco blisko, aby mozna ewentualnie jeszcze na poczatku zachowac tutejsza prace.
Wydaje mi sie, ze kiedy nadejdzie TEN dzien, uda nam sie cos znalezc :-)

Siedze i marze... Najpierw moja szkola, w miedzyczasie miejmy nadzieje cos nam sie urodzi (miejsce numer 1 na to-do-list 2013 jest wizyta u lekarza, w koncu cos z tym trzeba zrobic), a potem jak juz nadejdzie TEN czas...

OOO!!!

Bedzie dom to bedzie i sznaucer olbrzym w rodzinie! To juz postanowione!

czwartek, 27 grudnia 2012

Boze Narodzenie 2012

Cos przed Swietami zaczelam skrobac, ale konca nie doskrobalam i jakos mi za nic to teraz do niczego nie pasuje. W zwiazku z tym zaczynam na nowo. Moze sie uda.

Po raz kolejny spedzalam Boze Narodzenie poza granicami Polski. Po paru latach mozna sie przyzwyczaic. Jedyne, co wprowadzalo mnie w melancholijna nostalgie to brak jakichkolwiek gosci - w koncu takie Swieta chcialoby sie spedzac w gronie licznym, przynajmniej z kims dodatkowym z rodziny, a do nas jakos nikomu nie bylo po drodze. Szkoda, bo jedzonko zrobilismy pyszne i jedzonka zrobilismy duzo ;-) Do tego jeszcze nie siedzielismy na czterech literach przy stole non stop, tylko obowiazkowe 10km piechotka zrobilismy. I bialo bylo tez, dokladnie tak, jak w grudniu byc powinno.

Np. w Wigilie spakowalismy pierniczki i grzane wino jeszcze przed kolacja i wybralismy sie do dzielnicy Bromma Kyrka na male, zimowe piknikowanie.



Moja poleczka z prezentami zapelnila sie jeszcze przed Swietami. Widac klienci moi zadowoleni z mojej pracy. Zdjecia poleczki nie zaprezentuje, bodajze pojawilo sie na Instagramie moim. Powtarzac sie nie chce (jakby co).

Musze sie przyznac, ze teskni mi sie za Szaletem Miejskim czasami... Podoba mi sie nowy blog.onet.pl i moze sie jeszcze zdarzyc, ze wroce.

wtorek, 11 grudnia 2012

Zasypalo nas i nadal sypie

Niewiele ponad tydzien dopiero ta zima trwa, a ja do osob kochajacych zime naleze, ale szczerze mowiac, to juz sie zmeczylam.

Zasypani.
Sypie nadal.

Odsniezanie. Tym ostatnio zyje. I przedzieraniem sie przez zaspy. Codziennie klne, ze nie mam sanek, to naprawde wykorzystalabym pomysl zrobienia psiego zaprzegu - bo tym wygodniej by sie czlowiek poruszal w tej zimowej krainie niz samochodem.

Wiem. Narzekam.
Sama samochod chcialam, prawda? To teraz mam, a wraz z tym slizgawki, zawieje, zamiecie - w ubiegla srode cztery razy stalam w zaspach w ciagu mojego dnia pracy. Wlasna dwojka jednak niewiele pomoze, bo przy takiej pogodzie tempo spaceru nie przekracza chyba 3km/h. Opoznienia bylyby jeszcze bardziej odczuwalne niz obecnie.
Wiec mam za to odsniezanie pare razy dziennie, skoki adrenaliny przy wjazdach pod gorke (dojedzie? nie dojedzie? dojedzie? stanie?) i walki o miejsca parkingowe, te odsniezone.

Chcialam zime, to mam. A co!
Tylko ja sobie zyczylam takiej mroznej i slonecznej. Snieg - owszem, ale tak maksymalnie ze 30cm, a nie metr (no dobra, przesadzam, metru nie mamy, ogolnie jest z pol metra, w niektorych miejscach tylko, gdzie plugi zlozyly snieg, ktorego nikt nie chcial, sa zaaspy o wysokosci 2.5-3m). A jeszcze jak mi w pogodzie mowia, ze temperatura ma byc w okolicach zera (pluchowo - ciezko chodzic, w nocy i nad ranem lodowisko), wietrzysko ma wiac z predkoscia 6-10m/s, a snieg sypac codziennie, to w ogole odechciewa mi sie wszystkiego i w sen zimowy chcialabym zapasc.

Z drugiej jednak strony... Kiedy czlowiek bedzie zadowolony? Zycie ucieknie sprzed nosa. Potrzeba troche wiecej radosci, a troche mniej narzekania.
Stad ponizsze zdjecia.
Ma sie swoje momenty ;-)





poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zima

Zrobilo sie bialo i pieknie. Prawdziwie zimowo i jakos nie mam nic przeciwko wszystkim wokol swiatecznym dekoracjom - wszakze juz grudzien do nas zawital.

Kolejny poniedzialek. Kolejny tydzien pracy. Odliczac juz mozna do nastepnego dluzszego wolnego. Dwa tygodnie w okolicach Swiat sie szykuja, odpoczne =) Zawitam chwilowo do Polski, bo dawno nie bylam.

Najpierw bedzie trzeba jednak przeczolgac sie przez zaspy. Twarz wysmarowac jakims paskudnym, tlustym kremem, bo przebywanie szesc godzin na powietrzu o temperaturze -17 stopni swoje skorze robi. Nie narzekam jednak, bo uwielbiam, kiedy jest wlasnie tak: bardzo mrozno, bardzo bialo i... slonecznie! Bo tak to juz pora zimowa jest, chcesz slonce, musisz zaakceptowac mroz. Zreszta mroz fajny jest. Psy suche. Buty suche. Wszelkiego rodzaju bakterie i wirusy ukryte gdzies siedza, bo nie lubia takiej pogody (z czego ciesze sie najbardziej!!). Powietrze swieze, czyste, czasami powoduje kaszel, ale to kwestia odpowiedniego oddychania. Ubranie obowiazkowo "na cebulke", zadna zima mi nie straszna :-D


Bo jak mozna nie lubic czegos tak pieknego, jak na zdjeciu powyzej?!

wtorek, 27 listopada 2012

Wtorkowy poranek

Wybralam sie dzis z samego rana na stacje benzynowa z czworonogiem. I tak sobie patrze - tu jakis pan w spodniach poplamionych farba pije kawe, tu jakis ziewa, a tam jeszcze jeden tankuje samochod firmowy. Jeden ze sprzedawcow w kamizelce z mnostwem odblaskowych swiatel (swoja droga, taka sama mam i tez mialam ja na sobie w tej samej chwili) wyszedl na parking wypozyczalni, postal tam chwile. Sprawdzal pewnie, czy wszystko w porzadku.

Wtorkowy poranek. Taki... normalny. Prawdziwie listopadowy. Paskudny, a zarazem przepiekny.

czwartek, 8 listopada 2012

Bologna by night i jeszcze troszke ;-)




Jest samochod i jest spokojniejsza eM, ktora w pracy w ogole sie nie stresuje, co daje przyjemniejsze spacery nie tylko jej ale i wszystkim czworonogom.
Na razie pisze maile do ludzi, ktorzy kiedys dogwalkingiem u mnie zainteresowanymi byli, bo nagle zrobily mi sie wolne miejsca w grafiku =) A wieczorem po powrocie do domu jeszcze mam sily na gotowanie, sprzatanie i... jeszcze pare innych spraw tez - nauke na przyklad ;-)

Bo jesli o ta ostatnia chodzi, to nie tak, ze wraz z zalozeniem dzialalnosci gospodarczej porzucilam doksztalcanie - wrecz przeciwnie! Obecnie robie semestr na dwoch roznych kierunkach - jedno to etologia (wstep; sporo juz przerabialam, gdy studiowalam behawiorystyke psia, ale powtorek w tym temacie nigdy nie jest za wiele), a drugie to zwierzeta w medycynie i pracy socjalnej.
1 marca przyszlego roku za to zaczynam przygode zycia (jakby przeprowadzka za granice czy tez zakladanie wlasnego biznesu tym nie byly :-P) - roczny kurs na psiego trenera. Nietrudno moze zgadnac, jakie plany na rozwoj firmy sa na najblizsze lata, prawda? ;-)

poniedziałek, 5 listopada 2012

"Wakacyjnie"

Mam wrażenie, że już całkiem wiejska dziołcha ze mnie.

Na mini-urlop się wybraliśmy. Ja i Pan Mąż. Teściowa dobra na ochotnika do opieki nad Brodaczem. Miało być troszkę inaczej, ale koniec końców wylecieliśmy - kierunek Italia, dość północna.

Bolonia.

Miasto nie ogromne, ale do najmniejszych nie należy. Trafiliśmy akurat na dzień świąteczny, co oznacza centrum zamknięte dla ruchu samochodowego - bardzo dobry pomysł, muszę przyznać :-)
W jakim szoku jednak byłam, gdy w piątek ruch powrócił i nagle Bolonia prezentuje bałagan jak na "ruskim targu". Piesi wyłażą na ulice, jak tylko im się podoba, samochody parkują na kierowców widzi-mi-się, klaksony na prawo i lewo głośniejsze od szwedzkich ambulansów na sygnale... Przejść na drugą stronę jezdni to nielada wyczyn, nawet na przejściach dla pieszych z sygnalizacją świetlną!

Jako że nasz hotel leżał trochę na uboczu, trzeba było czymś się do centrum dostać. Pierwszy raz szliśmy własną dwójką, ale szybko doszliśmy do wniosku, że lepiej siły oszczędzić na inne atrakcje i rozpoczęliśmy przygodę z komunikacją miejską.

Zaczęło się mile, nie powiem. Nie mieliśmy drobnych na bilety, które można kupić m.in. w automacie-skrzyneczce już na "pokładzie" autobusu, a u kierowcy biletu kupić nie można było. Już mieliśmy wysiadać, gdy kierowca podniósł się z siedzenia i zwrócił z pytaniem o drobne do pasażerów. Zaraz znalazły się dwie pomocne panie, które chociaż nie mówiły po angielsku, wysiliły się nie tylko na wymianę banknotu 5€ na monety, ale także na pokazanie, jak automat na bilety działa :-)

Tak sobie myślałam, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Szwecji, zostałaby rozwiązana w jeden z następujących sposobów:
1. Kierowca machnąłby ręką i kazał rozmienić kasę gdzie indziej i wziąć następny autobus.
lub:
2. Kierowca wstał i zapytał ludzi w autobusie, czy ktoś ma rozmienić pieniądze. Wszyscy pasażerowie popatrzyliby w okno lub w podłogę. W efekcie kierowca zachowałby się jak w punkcie 1.

Wracając jednak do komunikacji miejskiej - autobusy mają różne trasy w zależności od tego, czy to dzień roboczy, czy sobota lub świąteczny i można się w tym wszystkim nieźle zakręcić, zwłaszcza, że oprócz linii głównych (jak np. nasza 20) są jeszcze sublinie (np. 20A), a ich trasy troszkę się od siebie różnią.
Podołaliśmy jednak i nawet teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to aż tak skomplikowane.

Ogólnie taka Bolonia mogłaby mieścić się w Polsce. Nie potrafię w tym momencie zagłębić się w szczegóły, ale nawet Pan Mąż stwierdził, że jest tak podobnie, że aż chciał polskiego na ulicy używać (parę osób z pewnością zrozumiałoby dość sporo, ale to tylko parę - wbrew pozorom nie spotkaliśmy na ulicach aż tylu rodaków eM, jak w szwedzkiej stolicy.
Może lepiej się kamuflują wyglądem i zdolnościami lingwistycznymi?

Ostatniego dnia naszego mini-urlopu wpakowaliśmy się na wzgórze, gdzie leży sanktuarium di San Luca. Prowadzi do niego dość ładny pasaż (trochę remontu by się mu przydało!), który jest jedynym przedstawicielem baroku w Bolonii, a jednocześnie jest najdłuższym pasażem w Europie, ze swoimi prawie 4km długości :-)
Pod górkę lekko nie było, ale zdecydowanie się opłacało. Czarna Madonna może nie powala, ale widok na Dolomity - zdecydowanie!! No i nareszcie można było odetchnąć świeżym powietrzem (jednocześnie podziwiając smog spalin unoszący się nad miastem, fuj!!), a i oko odpoczęło :-)

Jedzenie za to przepyszne, choć jeśli o pizzę chodzi, to zdecydowanie wolę szwedzką, na cieńszym i mniej solonym cieście ;-) Zapiekana w cieście ośmiornica nie przypadła Panu Mężowi do gustu, za to eM pożarła aż dwie porcje i to za jedyne 11€ (łącznie z pierwszym daniem i dość sporym kieliszkiem wina!).
Makarony cuda, sery cuda, szynka cudo!
Tylko kawa trochę za mocna... I te rogaliki takie maślane, tłuste - aż mnie w sobotę rozbolał brzuszek i całe popołudnie i wieczór spędziliśmy w hotelu... :-(

(tyle udalo mi sie napisac w samolocie w drodze powrotnej, moze cos jeszcze sensownego na dniach dopisze)

wtorek, 9 października 2012

Jesienna depresja

Przyznaje sie bez bicia - dorwala mnie jesienna depresja. Rozmawialam w miniony weekend z Panem Mezem, glosno zastanawiajac sie, dlaczego w ubieglym roku mnie nie dopadla (pewna bylam, ze to z powodu przebywania tyle godzin dziennie na swiezym powietrzu). Pan Maz, pytaniem na pytanie:
Moze w ubieglym roku nie bylo az takiej pogody?
Oczywiscie! Przeciez to o to chodzi!!

Pamietam jak zeszlej jesieni jeden z wlascicieli "moich" czworonogow napisal mi karteczke:
Jak bedzie na zewnatrz taka prawdziwa, jesienna szaruga nie musicie spacerowac. Mozecie siedziec u mnie. Dla mnie najwazniejsze, zeby B. mial w tym czasie towarzystwo
I podczas rozmowy z Panem Mezem przypomnialo mi sie, ze smialam sie z tej karteczki wtedy, bo slonce swiecilo calusienka jesien, padalo tyle dni, ze na palcach jednej reki mozna policzyc i w ogole... Chodzilam tylko i kolory fotografowalam z pasja. A dzis?

Mielismy dwa sloneczne dni. Piatek i sobote. Takie prawdziwie sloneczne. Od razu zrobilo mi sie lepiej! Niestety, dzis mamy wtorek. A ja znowu w biegu, z dziwnym uczuciem w zoladku...
Wrzody?

Ok, zamykam bloga i spadam sie uczyc.

czwartek, 4 października 2012

Komputerowo-klawiaturowe M

Moje umiejetnosci kierowcy wcale nie byly az tak slabe. Niestety jeszcze noca u tesciowej rozmyslajac doszlam do wniosku, ze mimo wszystko przeczucie mam, ze samochod nam zdechnie w drodze do domu - i mialam stuprocentowa racje.
Samochod wiec mialam - 2.5 godziny... Potem poltorej godziny czekania na pomoc drogowa, holowanie do Gävle, tam pociag do stolicy... Jak wyjechalismy z samochodem o 6.30 tak do domu dotarlismy bez i to dopiero o 14.00...

A to jeszcze nie wszystko! Z racji braku samochodu i pomocy meza (a wiec braku dostepu do tramwaju, jak juz pisalam ostatnio), postawilam sobie w pozycji strategicznej rower we wtorek. W srode przygotowana na odebranie i co? W polowie drogi do domu ROWER SIE ZEPSUL!! Linka od przerzutek pekla!

GREAT. JUST GREAT!

Ani samochodu, ani roweru, ani transportu publicznego.
20km do przebycia - praktycznie we wszystkie dni robocze.

Z drugiej jednak strony to w sumie fajnie tak sobie pomyslec, ze co tydzien moge sobie dopisac ponad 100km, ktore PRZECHODZE NA WLASNYCH NOGACH!
(nie ma to jak myslec pozytywnie)

Pensjonatow dla psow nie obejrzalam, swojego czworonoga nie mam gdzie zostawic na urlopie za 3 tygodnie, w zwiazku z tym zamiast gdzies do sloneczka wybierzemy sie chyba do przyslowiowej dupy na raki.

A zeby tego malo bylo - psuje mi sie komputerowo-klawiaturowe
M
...

środa, 26 września 2012

Srodowe narzekanie (wcale nie bezprawne)

1. Leje.

2. Sztokholmski "zaklad" komunikacji miejskiej ma w swoim regulaminie paragraf, wedlug ktorego jedna osoba moze zabrac ze soba tylko dwa psy, ktorych rozmiar uniemozliwia ich transport w klatce lub torebce.

3. Pan Maz pracuje dzis od 9.00 (wlasnie wyjechal) do 20.10.

4. W srody (tak samo jak w poniedzialki i wtorki) mam w domu trzy psy, ktorych rozmiar definitywnie nie pozwala nam na zadne klatki czy torby transportowe w tramwaju.

5. W zwiazku z faktem, ze Pan Maz pracuje jak pracuje nie mam zadnej pomocy drugiego dwunoznego, w zwiazku z czym jestem zbanowana przez komunikacje miejska i dodatkowe 3km miedzy klientami musze pokonac wlasna dwojka.

6. Nie czuje sie zbyt dobrze. "Paluszek i glowka to szkolna wymowka", niemniej jednak w mojej sytuacji chodzi tym razem o brzuch, ktory wariuje juz ktorys dzien z rzedu. Oczywiscie wszystko na podlozu stresowym, a wszystkie powyzsze punkty razem wziete wcale nie pomagaja mi sie w dniu dzisiejszym zrelaksowac.

7. Na trening agility dzis wieczorem nie bede miec z cala pewnoscia ani sily, ani ochoty.

No, pewnie tych negatywnych punktow dzis jeszcze wiecej moglabym wypisac, ale sie wstrzymam. Wystarczy. Az nadto.

A na weekend zaplanowano tyle rzeczy, ze nie mam pojecia, jak z tym wszystkim wyrobie zarowno psychicznie jak i fizycznie. No i czasowo takze! Musze zdazyc odwiedzic 2 pensjonaty/hotele dla psow polozone przy lotnisku Arlanda (ok. 30km stad), pensjonaty do ktorych niezbyt mozna sie dostac transportem miejskim. Niezbedny samochod.

8. Samochod stoi we wsi 300km od stolicy i mamy go w weekend ten zdazyc odebrac.

9. W sobote zabukowana jestem w pracy 12-18.

10. Jako, ze nie mam zbyt wielkiego doswiadczenia jako kierowca, a juz na pewno nie w wielkim miescie, ktore w dodatku czwarte miejsce zajmuje w rankingu najmniej kulturalnych pod wzgledem jazdy kierowcow miast Europy (jakbyscie sie zastanawiali: Warszawa ma numer 1), musze wrocic z samochodem najpozniej na godzine 11.00 w niedziele, kiedy to zaczyna sie ruch innych. Przed godzina 11.00 jest spokoj na drogach, a w okolicach 11.00 zwalniaja sie na osiedlu miejsca parkingowe, gdzie mam zamiar sie wepchac.
W zwiazku z tym czeka nas pociag "ku gorze mapy" 18.30-21.30 w sobote, a wyjazd samochodem "ku dole mapy" w niedziele w okolicach 6.00...

Widzicie? Znalazlam jeszcze wiecej punktow ;-)

sobota, 22 września 2012

Wreszcie upragniony odpoczynek...

Nareszcie sobota, przy ktorej nie mam totalnie zadnych planow. Za oknem wszystkie odcienie szarosci i od czasu do czasu troche pokropi, wiec to dokladnie taki dzien, jakiego od dawna potrzebowalam.

Cos jest nie tak. Nie wiem tylko dokladnie, co. I nie, nie szukam dziury w calym. Po prostu od paru dni nie jestem w najlepszej formie i baterie az wrzeszcza o doladowanie. Wiec je laduje. Wlasnie dzis.

Czworonog tez chetnie pewnie pobedzie sobie psem. Takim zupelnie zwyklym psem. Psem do towarzystwa. Psem, z ktorym wlasciciel sie bawi. Psem, ktory moze sobie powachac gdzie chce i nigdzie nie musi sie spieszyc.
Bo codzienna praca z innymi psami nie tylko dla mnie jest stresujaca, ale przede wszystkim dla mojego sznaucera.

piątek, 14 września 2012

Przed deszczem...


Przed deszczem...

Deszczowo-problemowo

Dzisiejszy dzien niby innym podobny, a jednak jakze inny.

Ze wzgledu na to, ze wlasciciele dwoch czworonogow zglosili, ze nie potrzebuja mojej pomocy w dniu wczorajszym i moglam wtedy sobie pospac do 9.00, ciezko bylo dzis otworzyc oczy o 6.00 (trzy godziny snu to przeciez dla niektorych pol nocy jest!).

Do tego jeszcze te prognozy pogody... Ten tydzien zdecydowanie mnie rozpiescil w kwestii temperatury i godzin slonecznych. A tu dzis ma lac - od chwili, kiedy wychodzimy z domu do chwili, kiedy do niego wrocimy, a moze nawet jeszcze dluzej. I ten sam problem, ktory przychodzi do mnie z kazdym takim dniem: co na siebie wlozyc? Mam gumowce - ale niestety wedrowka 15km w gumowcach to nie tylko suche stopy, ale i odciski we wszystkich mozliwych miejscach i bolace w stawach kolana... Mam trapery do gorskich wedrowek, ale one totalnie nie nadaja sie do chodnikow przedmiejskich - ich budowa daje super stabilizacje stopy na nierownych terenach (do tego jeszcze dosc podmoklych), ale zdecydowanei za twarda jest na asfalt i beton... Mam tzw. walking shoes, ale one niestety przemokna po polgodzinnej ulewie (jak nie wczesniej), a jak juz przemokna, to nie wyschna przez 3-4 dni!
O adidasach, trampkach i sandalach to nawet nie ma co wspominac ;-)

Ostatnio pogode taka mielismy dokladnie w piatek dwa tygodnie temu. Musialam wtedy z mlodym moim zachrzaniac z predkoscia swiatla do domu, bo zaparl sie i po 3 godzinach dalej isc nie chcial, a tu grafik napiety i pracowac trzeba, bo pieski same sie nie wyprowadza! Dzis co prawda Pan Maz ma wolne, ale za zadanie ma posprzatac, zrobic zakupy, potrenowac kregle przed niedzielnym meczem i ugotowac obiad - zdecydowanie za duzo zajec, zeby go prosic jeszcze o pomoc z psem, bo dzien ma ograniczona ilosc godzin, a wszystkie te czynnosci niezbedne, bo wieczorem przyjezdza mama Pana Meza i nie moze spac w tonach siersci naszego przedpoludniowego goscia.

Fakt, ze to piatek dzisiaj i ze wolny weekend czeka niedlugo trzyma mnie przy zyciu ;-)

wtorek, 11 września 2012

Codziennosc

Codziennosc, codziennosc...
U mnie nic chyba nie jest juz codzienne.

Do codziennosci nalezy niekonczace sie szkolenie psa (bo takie szkolenie czworonoga to praca cale pieska zycie, to nie konczy sie po roku, dwoch czy pieciu) i wlosy na sofie (nie, to nie sznaucer, to toller tak linieje). Do codziennosci naleza zakwasy we wszystkich miesniach i odciski na stopach. Do codziennosci naleza obslinione spodnie i kurtka przesiaknieta zapachem mokrej sierci. Do codziennosci naleza tluste od psich smakolykow plamy na kieszeniach i woreczki "na kupy" w kazdym zakamarku.

I zamykajace sie oczy o godzinie dziewietnastej. I prognoza pogody sprawdzana wiele razy na dzien.

Makijaz? Stroj wyjsciowy?

A CO TO?

wtorek, 28 sierpnia 2012

Pobzduruje sobie eM...

eM-igrantka miala na dzis zabukowane spotkanie z potencjalnym klientem - po godzinach. Oczywiscie spotkanie odwolala w ostatniej minucie niemalze... Niefajny taki doggy walker, prawda?

Tylko ze ja padnieta calkiem jestem, jeszcze w niedziele przemoczona na sznaucerowym grillu, niedospana wiecznie i... no tak, chorobe mi wmowiono. Jako jednak ze nie wiem, czy to tylko symptomy psychosomatyczne sa, czy tez prawdziwe; na zimne dmuchac wole w tej sytuacji i zamiast po calym dniu spacerowania mieszanego z joggingiem na rower siadac i do potencjalnych klientow na kolejne spacery uderzac (full-booked jestem wlasciwie... to tez) polozylam sie pod kocykiem z kubkiem goracej herbaty z miodem (cytryny niestety brak) i staram sie odpoczac.
Bo jesli rozchoruje sie na calego, to nie dosc, ze nic nie zarabiam, to jeszcze problemy z tego powodu bedzie miec 13 rodzin... A to juz mniej fajne jest, prawda?

Tak wiec Pana Meza pozegnalam (na kregle pojechal), komputer wlaczylam i... no tak, jako ze na kursie z etologii nie rozpoczelo sie jeszcze nic, to bloga otworzylam i stwierdzilam, ze pobzduruje, a macie.


wtorek, 21 sierpnia 2012

Dzien z zycia dogwalkera ;-)

Dopiero wtorek, a ja juz nog nie czuje. Wczoraj rozpoczal sie u mnie jesienny semestr. Jeszcze tylko jeden piesek jest w tym tygodniu na urlopie, cala reszta juz z powrotem i lecimy z koksem.

Dzien zaczynam teraz troche na zmiane - opcja pierwsza z budzikiem o 6.15, spacerem z Brodaczem wlasnym, kubkiem kawy i przyjeciem pierwszego "obcego" czworonoga pod swoj dach zaraz po godzinie 7.00; opcja druga z budzikiem o 7.15 i... dalej to samo. W niektore weekendy pojawia sie trzecia opcja z budzikiem o 5.00, ale na razie jeszcze poltora tygodnia do niej w najblizszym czasie.

Do domu dostarczane sa teraz czworonogi dwa, plci meskiej labrador (linie mysliwskie, Field lines, takiego bym chciala nawet ja) i plci zenskiej toller (pelna nazwa: Nova Scotia Duck Tolling Retriever). No i jest tez oczywiscie sznaucer plci bardzo meskiej ;-)
W domu jestesmy chwilke wszyscy razem, a zaraz przed 9.30 wybieramy sie - ja i trojka czworonoznych przyjaciol - na nasze podboje okolicy, czyli spacery z innymi psami. I tak lazimy i lazimy. A z racji tego, ze tramwajem czy autobusem wolno tylko dwa pieski tej wielkosci na osobe (tej wielkosci oznacza tu takie, ktore nie mieszcza sie w torebce lub malej klatce), to cale przedpoludnie odbywa sie obecnie biegiem, zeby zdazyc... Po poludniu moglabym juz pomoc sobie troche tramwajem, ale niestety mam tez pieski w okolicy, w ktorej nie ma ani autobusow, ani tramwaju, a ludzie poruszaja sie samochodami (ja takiego luksusu nie posiadam).

Dzis noga moja postala w domu dopiero po 16.00. Zmeczona, obolala, glodna. Dzis dodatkowo jeszcze niewyspana, bo sie tak stresowalam tym dzisiejszym dniem (mialam do zaprezentowania sobie wzajemnie dwie suki, jedna mloda, druga bardzo stara, czyli sytuacja typu "wszystko sie moze zdarzyc"), ze wczoraj nie moglam wcale usnac...

Do tego jeszcze telefony sie urywaja. Ludziom sie nagle przypomina, ze jesien sie zaczela, ze urlop sie skonczyl i ze do pracy wracac trzeba. A co z psem? ;-)

Ide obiad robic lepiej...

sobota, 11 sierpnia 2012

Do porzadku dziennego...

Przechodze do porzadku dziennego w zwiazku z koncowka sezonu urlopowo-wakacyjnego. Nie to, zebym to ja takie dlugie wolne miala, ale spora czesc moich klientow - tak. Jutro wraca piesek numer 9, pojutrze 10, piesek numer 11 zaczyna u nas w nastepny poniedzialek, a 12 wraca we wtorek po. I znow bedziemy pelnym gangiem =)
A wlasciwie jest nas wiecej, bo jest jeszcze dochodzaca 13-tka i 14-tka! Wiec bedzie co robic w najblizszych tygodniach. Na szczescie mam jeszcze na jesieni tydzien urlopu na przelomie pazdziernika i listopada - jest na co czekac. Potem znow przerwa swiateczna...

Oj, wybieglam cos za daleko w przyszlosc.
Moze lepiej zajme sie dniem dzisiejszym ;-) Pobudka o 5.00 byla i praca byla, teraz chwila odpoczynku, a za dwie godzinki spacerek ze znajoma i jej terrierkiem, ktory bardzo sie z moim brodaczem lubi.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Z pseudologia na ty...

Zapomnialam cos o tym blogu przez pewien czas, pojawialam sie troche na onecie w to lato, ale tam nie ma miejsca na osobiste wyzalanie sie - a taki czas teraz nadszedl.

Nie wiem, co myslec o tym lecie. Zaczelo sie fantastycznie - czerwcowym wypadem do Jämtland i moim pierwszym (i z cala pewnoscia nie ostatnim) wloczeniem sie po szwedzkich gorach. Relacja dosc dokladna w wielu czesciach w Szalecie Miejskim. Potem pare dni u Tesciowej wraz z reszta rodziny Pana Meza... Jak dotad zupelnie spoko. Szykowala sie wizyta mamy, na ktora czekalam dosc dlugo i bardzo sie cieszylam.

W miedzyczasie jednak, jako ze wiekszosc z moich pieskow mialo wolne, pomyslalam sobie, ze moge swoje wolne wykorzystac, zeby pomoc komus jeszcze i odpowiedzialam na ogloszenie na jednym z najwiekszych szwedzkich serwisow - nocna opieka nad mloda suczka.

Oooo, jak ja zaluje tego kroku!!

W szczegoly wchodzic nie chce, krotko powiem, ze zrezygnowalam dosc szybko, bo pies byl okropnie zestresowany i w ogole nie przygotowany do zostania z calkiem obcymi osobami, do tego jeszcze bardzo negatywnie nastawiony do mojego kochanego Brodacza (do tego stopnia, ze biedak moj prosil sie o to, zeby zamknac go w sypialni, byle od niej jak najdalej). Pieniadze wzielam tylko za te noce, w ktore pies byl u nas, mimo ze zabukowala mnie wlascicielka na dluzej i nie moglam nikomu miejsca odstapic (a mnie nawet moi stali klienci prosili i musialam odmowic!), i wlasciwie na dobra sprawe powinna zaplacic wiecej. Ale co tam, najwazniejsze, zeby u nas zapanowal spokoj i zeby ten pies znalazl sie w miejscu, w ktorym czuje sie bezpiecznie. Moze z osoba, ktora zna od szczeniecia? Moze z osoba, ktora nie ma zadnych innych psow w tym samym czasie?

W miniony weekend dostalam wiadomosc. Wlascicielka zestresowanej suczki rozpisuje nie wiadomo co na swojej fejsbukowej scianie. Zajrzalam - faktycznie! Pies niby u mnie nie wychodzil na dwor i nie mial wody ani miejsca do spania... I ze teraz niby masa problemow wystapila, ktorych wczesniej nie bylo, a do ktorych niby ja sie przyczynilam...
Ciekawe tylko, dlaczego opowiadala mi przy pierwszym spotkaniu przed podpisaniem umowy o pochodzeniu psa (bledach w socjalizacji u hodowcy) i wlasnie o problemach z atakami (ktore wedlug jej najnowszych donosow NIGDY sie nie zdarzyly wczesniej... zgroza, wszystko bym dala za to, by miec nagranie jej pierwszej wypowiedzi SPRZED tych nieszczesnych trzech-czterech nocy, kiedy chodzilismy po scianach niemalze, zeby suce dogodzic, a ktora niestety nie mogla sie uspokoic choc nie wiem jak sie staralismy).

No, napisalam troche za duzo, ale takie rozpisanie sie zdecydowanie mi ulzylo. Mialam zglaszac na policje o pomowienie, dowody mam (swiadkowie, kopie jej wpisow w internecie), ale podchodze do tego z niechecia.
Nie chce wchodzic w wieksze konflikty z mitomaniaczka. Chce za to pracowac dalej z tym, co kocham. W koncu zadowolonych klientow, zarowno dwunoznych jak i czworonoznych, mi nie brakuje.

wtorek, 5 czerwca 2012

Pozdrawiam

Nie pamietam, kiedy ostatnio mialam wolne. Wreszcie sie doczekalam. Co prawda jutro wieczorem przyjmujemy w naszych progach czworonoznego goscia, ale to dopiero wieczorem. Do tego czasu jestem calkowicie wolna! 16 dni pracy pod rzad, gdzie najkrotsze byly niedziele (wyjazd o 7.00, powrot o 13.00), a budzik dzwonil niemilosiernie codziennie miedzy 5.00 a 7.00, dobiegly konca.

Wiadomo, 7.00 to nie blady swit, ale biorac pod uwage, ze obie moje prace sa bardzo fizycznie wymagajace, a zdrowie nie zawsze nadaza tym samym tempem, co reszta swiata, potrzeba mi troche wiecej odpoczynku niz przecietnemu czlowiekowi.

Wiec ciesze sie na pierwszy poranek bez budzika. Z cala pewnoscia obudze sie jak do pracy, ale swiadomosc, ze nigdzie mi sie nie spieszy, jest relaksujaca sama w sobie.

Bloguje w ogole regularnie, ale po szwedzku i o pieskach only. Polska wena poszla jakos w sina dal. Chcialabym tyle opowiedziec, ale nie wiem jak, w zwiazku z tym trzymam w sobie i nie wiem, czy na dobre mi to wyjdzie.
Niektorymi rzeczami jednak nie ma czlowiek ochoty dzielic sie publicznie. Z przyjacielem to co innego, ale ze takiej osoby na horyzoncie nie widze (z wyjatkiem Meza, ale ilez mu mozna gadac?), to pieskom opowiadam, a ludzie patrza jak na glupia.

Co mi tam.

Pozdrawiam.

niedziela, 20 maja 2012

Praca, praca, praca...

Wydaje mi sie, ze trace tylko czas siedzac na tapczanie z komputerem na kolanach, mezem przy boku i kolejna juz prognoza pogody w telewizji, podczas gdy za oknem przepiekna pogoda... Wychodze jednak z zalozenia, ze piekna pogoda jeszcze zdaze sie nacieszyc (w nadchodzacym tygodniu np. nie ma ani jednego dnia swiatecznego, wiec po paru tygodniach z przerwami nadchodzi pierwszy pieciodniowy) - w cztery z pieciu dni pracujacych (firma) spedzam prawie osiem godzin na dworze, a dnia piatego okolo szesc; i to tylko w pracy, do tego jeszcze dodac trzeba wieczorne agility i spacery z wlasnym czworonogiem... Zdazy mi sie to slonce zdecydowanie przejesc - jasne, fajnie jest jak jest cieplo i slonecznie jak sie totalnie nic do roboty nie ma i mozna lezec na plazy, ale ta sama pogoda jest niesamowicie uciazliwa, gdy caly dzien spedza sie biegajac - psy wykonczone, ja wykonczona, pot sie leje, wody brakuje... I to juz przy 18 stopniach... Co bedzie, gdy termometr podskoczy o 5-15 stopni?

Do tego jeszcze dzien dzisiejszy to moj ostatni dzien wolny na jakis czas - od jutra zaczynam moj maraton, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona... Zero weekendu, zero wolnego. Praca srednio 7.5 godziny dziennie.

Mysl, ktora mnie pociesza, to to, ze po tych dwoch tygodniach nastepuje jeden, w ktorym sroda jest dniem wolnym od pracy (6.06; szwedzkie swieto narodowe). Co prawda przyjmujemy wtedy pieska w nasze progi (zostanie z nami 12 dni), ale to dopiero wieczorem, zdaze odpoczac. A potem dwa dni pracy i weekend =)
Popracujemy do 21.czerwca i urlop =) Cudownie, pieknie, wspaniale... It keeps me going =)

A tymczasem wiosna szybciochem zmienia sie w lato...


niedziela, 29 kwietnia 2012

O sztuce zycia w zwiazku

Przychodza takie chwile, kiedy zastanawiam sie nad sensem mojego zwiazku - tudziez jakiegokolwiek zwiazku miedzy dwojgiem ludzi na swiecie. Coz, zmieniam sie ja, zmienia sie moj Maz, zmienia sie nasza rzeczywistosc... Wiem, zabrzmi to strasznie w tej chwili, ale zaczynam rozumiec ludzi, ktorzy mimo uczucia, ktore miedzy nimi jest, odchodza kazdy swoja droga.

Bo to jest tak - widziec sie nie widzimy. Rano wstaje, robie swoje, wyprowadzam psa, pije kawe, jem sniadanie... Maz pojawia sie dopiero na jakies 20 minut przed moim wyjsciem z domu. Robi sniadanie, wlacza telewizor i w przerwie miedzy wiadomosciami interesujacymi a wiadomosciami nieinteresujacymi probuje prowadzic jakas dyskusje. Wiadomo, jaki poziom tego typu dyskusje reprezentuja... Zadne z nas nie dochodzi do niczego sensownego, bo telewizor rozprasza.
Czasami udaje mi sie Meza mojego zobaczyc chwilke w dzien, kiedy albo przychodzi odebrac Brodacza z naszej pracy i wziac do domu na odpoczynek, albo pomoc mi z jakims innym czworonogiem. Najdluzej godzine. Ale wiadomo jak to jest, majac trzy, cztery czy piec psow trudno jest prowadzic jakakolwiek dyskusje na poziomie - znow.
Gdy przychodze z pracy, jego juz nie ma. Gdy on wraca, ja juz spie, bo rano wstaje sporo wczesniej i, trzeba przyznac, poza tym troche wiecej snu potrzebuje niz on.

Weekendy spedzamy na wlasnych zajeciach. Ja pracuje, a jak nie pracuje, to tropie z psem, a jak nie tropie, to jestem w domu, ale... sama z czworonogiem, bo Maz ma np. swoje mecze w kregle, albo turniej (jak w ten weekend). Albo kolega do niego przyszedl (a przeciez nie bede mu odmawiac kolegow, bo przez to juz przechodzilismy - podla ja - i nie bylo zbyt fajnie; poza tym to kolega, ktory sam mieszka w stolicy, wynajmuje jeszcze pokoj u jakiejs babki, wiec nie ma wlasciwie wlasnego kata, wiec mysle, ze i jemu dobrze robi pobyt u nas, gry na X-box czy jakies glupawe komedie i piwo w rece).

W tym momencie pewnie przerwiesz i powiesz, ze moge zazadac chwili dla mnie - i masz racje. A raczej mialbys, gdyby nie cos innego. Pare dni temu opuscil nas moj Tesc, czyli moj Maz stracil wlasnego ojca. W zwiazku z tym ani nie wiem, jak mam sie do niego odezwac, ani nie wiem, co w jego glowie siedzi... Dlatego nie marudze, nie wkraczam z buciorami, nie zadam, tylko czekam. Czekam na dzien pogrzebu i czekam na rozwoj sytuacji. Czekam, az ktokolwiek zdecyduje cokolwiek, bo ktoz ja jestem, zeby podejmowac decyzje dotyczace ich rodzinnych spraw?
Poza tym zlapalo go przeziebienie, dawno juz, i nie puszcza. Kaszel, katar, do tego jeszcze, jak co wiosne, alergia. W tej sytuacji naprawde nie czuje, ze odpowiednio byloby prosic go o spelnienie moich wlasnych potrzeb, badz co badz egoistycznych.

I tak siedze sobie w piatkowy wieczor, w sobotni wieczor... Sama z czworonogiem. Wlaczam film. Robie popcorn, choc wcale nie mam na niego ochoty. Ochote mam na bliskosc mezczyzny, mojego mezczyzny, mezczyzny, ktory wlasnie wyjechal na weekend i wroci w niedziele (dzis znaczy). I teraz powiedz mi, Drogi Czytelniku, co z tym fantem zrobic?

Czasami przychodza mi do glowy mysli nieokielznane. Ochote mam spakowac manatki i wyjsc. Albo w ogole, jak za dawnych czasow, zostawic wszystko, umalowac sie, wystroic i wyjsc na cala noc, obudzic sie w ramionach kogos innego, zapomniec o problemach.
Stracilam w ciagu ostatnich 2 lat 18kg, tylko w ciagu ostatniego roku prawie 10kg. Z powodu mojej pracy sylwetka zaczyna wygladac przyzwoicie, miesnie rzezbione... Ze tak brzydko sie wyraze, chcialoby sie komus to pokazac, pochwalic sie, zobaczyc ten blysk w oku mezczyzny, gdy widzi piekna kobiete - poki jestem jeszcze mloda! Chcialoby sie przetanczyc cala noc (mimo, ze nie tancze), chcialoby sie spaceru za reke przy swietle ksiezyca w jakiejs romantycznej scenerii...

Chcialoby sie mezczyzny, ktory prowadzi podobny tryb zycia, ktory tez czuje tak samo silna motywacje do zrzucenia wagi - ktory tez zmienia sie na lepsze fizycznie wraz z latami. A tu mezczyzna, ktory juz jak znajdzie chwilke, zeby nie robic nic waznego, siada na swojej ulubionej kanapie, robi kanapke i wlacza tv - a w tv potrafi gapic sie naprawde godzinami. A ja nie potrafie nic na to powiedziec w chwili obecnej - ze wzgledu na nasze rozmijanie sie (jak juz jestesmy chwilke ze soba nie chce sie klocic), ze wzgledu na smierc bliskiej osoby, ze wzgledu na jego alergie i przeziebienie... z wielu wzgledow, po prostu.

Ale zaraz lapie sie za glowe: "Co ty tu babo wymyslasz?!" - przeciez to, przez co przechodzimy obecnie, to czesc doroslego zycia - nieodlaczna, nieunikniona... Nie mozna trwac w zwiazku poki jest kolorowo, a potem uciekac, jak tylko cos zlego sie stanie. Ta czesc zycia doroslego, ktora teraz przezywamy, ma jeszcze jedna ceche charakterystyczna - nie jest wieczna! Prawdziwa sztuka doroslosci jest ja przetrwac z wiara i nadzieja na to, ze wszystko, co w zyciu pozytywne, wroci do nas w odpowiednim czasie.

W koncu wchodzac w zwiazek malzenski obiecuje sie byc przy boku tej drugiej osoby zarowno w chwilach szczesliwych jak i tych ciemnych, szaro-burych, w ktorych zyc sie odechciewa. I to jest kwintesencja sztuki zycia w zwiazku!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Po-wielkanocna aktualizacja

Zagubiona jakas w tym blogowym swiecie. I na co mi bylo zakladac nowego, gdy na starych smieciach tak rzadko bywam?

Ciezko czasami. Cieszymy sie drobnymi rzeczami. Staram sie narzekac jak najmniej, mimo ze chcialoby sie wiecej czasu spedzac ze soba, ale z drugiej strony... nie wiadomo, ile jeszcze chwil maja przed soba. Nie mam pojecia, jakbym sie czula, gdyby chodzilo i kogos z moich rodzicow... Byloby mi niezmiernie smutno, pewnie i depresyjnie. Wiec staram sie zrozumiec, ze odsunieta chwilowo jestem na dalszy plan.

Ciesze sie, ze mam czworonoga. Pomaga mi towarzystwo futerka, mimo ze nie moze odpowiedziec na moje pytania.
Co dalej?

W firmie pozytywnie, aczkolwiek ponownie stresujaco. Kiedy tylko cierpliwosc sie konczy i jade na rezerwie, powtarzam sobie jak mantre, ze dobry humor musze utrzymac, ze spokoj na dobre mi wyjdzie - bo to prawda. Wiem, ze ludzie obserwuja, trudno nie zauwazyc jest tej samej dziewczyny w wojskowej zieleni poruszajacej sie tymi samymi ulicami dzien w dzien z dwoma, trzema, czterema... ba, czasami nawet piecioma psami na smyczy roznej dlugosci i koloru. A wiadomo, ten w jedna strone, ten w druga, tamten cieszy sie jak wariat na widok innych psow, innego znowu przeokropnie to stresuje... Trzeba nad tym wszystkim zapanowac - a od panowania nad soba sama zaczac!

Wielkanoc spedzilam w towarzystwie mojego czworonoznego brodacza. Pan Maz niestety pracowal od Wielkiego Piatku na Wielkiej Niedzieli konczac. A ja w Poniedzialek Wielkanocny mialam swoje rzeczy do zrobienia (m.in. cztery "obce" lapki do wyprowadzenia dwa razy tego dnia), wiec troszke sie rozminelismy. Zajelam sie za to nadrabianiem zaleglosci horrorowych i w ciagu tych swiat obejrzalam chyba z piec sztuk!
Powinnam jednak zabrac sie raczej na zaleglosci uczelniane, bo te sie pietrza tylko i zastanawiam sie, czy tego obecnego kursu nie zrobic po prostu jeszcze raz w innym terminie, bo po pracy tak padnieta jestem, ze nic do glowy juz nie wchodzi - a pracuje czesto, czesciej niz "zwykly" czlowiek.

Znalazlam jednak wczoraj chwile na wysprzatanie calutkiego mieszkanka, a dzis sily na dokladne wyczesanie podszerstka sznaucerowego (i kolejne sprzatanie, bo wlosy w calej kuchni - z racji braku miejsca jestem zmuszona robic to wlasnie tam) i na dopucowanie tego, co nasza psia fryzjerka zrobila dwa tygodnie temu - i dumna jestem z siebie :-) Jeszcze na spacer dlugi sie Pan Maz ze mna wybral mimo dokuczajacego mu juz czwarty bodajze tydzien przeziebienia.

Wczoraj spadl snieg. Z 10cm tego sniegu. W nocy zamarzl. A dzisiaj nas podtopilo, bo temperatura nagle podskoczyla do ponad dziesieciu stopni. I badz tu czlowieku madry (i zdrowy!)... Podobno nieciekawa pogoda sie szykuje w nadchodzacym tygodniu.
Oczekuje przeziebienia i ja.

Pan Maz jest juz wyedukowanym instruktorem jazdy w metrze tutejszym i od wtorku zaczyna prowadzic wlasny kurs. Niestety przydzielono go grupie wieczorowej, co oznacza nic innego jak prace 16-24... Ja za to glownie w pracy 8-16 (czasami krocej, bo 9.30-15.00), wiec kontynuujemy rozmijanie sie.
Z wiesci pozytywnych jednak moge juz teraz usmiechnac sie na urlop, ktorego w tym roku razem bedziemy miec az trzy tygodnie - dwa w lecie na przelomie czerwca i lipca, i tydzien na jesieni. Jakies tam mniejsze plany juz po glowie chodza... I byle dotrwac do czerwca.

piątek, 16 marca 2012

Wolny, wspolny weekend (co do godziny)

Weekend wolny wspolnie z mezem? Yes, please. Problem w tym, ze i tak zaladowany zajeciami.

Dzien jutrzejszy zaczynam od spotkania z podpisaniem umowy o godzinie 10.30, nastepnie o 11.30 wyprowadzam jednego z moich stalych klientow (dodatkowa praca w weekend), o godzinie 13.00 jestem w miescie na kursie z pierwszej pomocy dla psow. Kurs konczy sie o 16.00, jade prosto z powrotem do klienta wyzej wspomnianego na spacer i w domu bede dopiero tak na 18.30-19.00. I tyle meza zobacze. Pewnie padnieta...

W niedziele pobudka o 7.30 i wielka wycieczka do lasu w Lövsta na zachod od Sztokholmu. Bedziemy tam tropic, tzn. Brodacz bedzie tropil a ja bede sie uczyc teorii w praktyce i krytykowac innych uczestnikow, i sama znosic krytyke innych. W domu na 14.00 i niby wolne, ale... Pana Meza niet. On za to ma mecz w swoje ukochane kregle o 13.00 i wroci jakos na 18.00.

I tyle wolnego, wspolnego weekendu ;-)
A ostatnio wolne razem mielismy jakos na poczatku lutego.

niedziela, 26 lutego 2012

Przeziebienia ciag dalszy i ekspresowe nadejscie wiosny

Spiewajace ptaki wydaja sie dzis dziwnie wrzeszczace... Przeziebienie nie odpuszcza. Na szczescie wczoraj wieczorem znalazlam w naszej domowej apteczce specjalna masc mietowo-eukaliptusowa (az sie pies mojego smrodu po niej przestraszyl) i dzieki niej moglam przespac spokojnie cala noc, a kaszel obudzil mnie dopiero nad ranem.
Uff...









Takie nadejscie wiosny w minionym tygodniu zaobserwowalam. Zdjecia z brudnym sniegiem, lodem i czarna ulica sa z wtorku, woda w lesie z srody, a przebisniegi (ledwie je na tym zdjeciu widac, ale wybaczcie, aparat jak wiadomo zgubilam i tylko mi sie iPhone ostal) z czwartku.

Jak juz bialo, magicznie, mrozno nie jest, to niech juz bedzie wiosna na calego :-) To ja juz zimy nie chce ;-)

czwartek, 23 lutego 2012

Szalony tydzien

Leje sie z nosa, oczy lzawia, gardlo kluje... Super jest po prostu.

Zacznijmy jednak od poniedzialku.
7.30 ekspresowa wizyta u dentysty. W zab, ktory jest na etapie "bycia zabijanym", wdala sie nowa infekcja. Znow bol calusienkiej szczeki az do ucha srodkowego... Dentysta zeba otworzyl, ponownie kanal przeczyscil (bez znieczulenia! bo powiedzial, ze infekcja jest i tak tak gleboko, ze znieczulenie wcale by mi nie pomoglo), nalal nowego antybiotyku, zamknal to wszystko i do apteki wyslal. Po penicyline. A ja penicyline kiedys rozne reakcje mialam i balam sie tego cholerstwa wziac jak nie wiem.
I teraz wiem, ze jestem w grupie tych osob (1 na 100), ktorych po penicylinie mdli, zbiera na wymioty, w brzuchu rozregulowuje i stawy bola... Ale coz, infekcja odeszla chyba, bo juz na szesc godzin po wizycie bol polowicznie odpuscil a od wczoraj juz w ogole w tym zebie nic nie czuje.

We wtorek zachorowal ponownie Brodacz. Calutki grudzien byl chory, pod kroplowka spedzil dwa dni wtedy, antybiotyk 2 tygodnie bral i dopiero po tym wszystkim mu przeszlo. No i styczen byl spokoj, potem przyszedl mroz i caly szit zamarzl, a teraz roztopy i cholerstwo sie rozlazi!
Tak wiec musielismy kombinowac, co zrobic i jak, z racji faktu, ze Brodaty do pracy ze mna isc nie moze w tym tygodniu (nie dosc, ze istnieje ryzyko zarazenia innych psow, to jeszcze jak on niby mialby wytrzymac 8 godzin na nogach bez jedzenia i picia?!).

Nastepnie w autobusie do pracy zgubilam telefon. Na szczescie pani kierowca mila bardzo go odnalazla i wieczorem Pan Maz mogl odebrac moja stara Nokie, ktorej obecnie uzywam do pracy, na jednej ze stacji na linii, ktora obsluguje.
Ba, ale to nie koniec.

Sroda wczoraj. Uswiadomilam sobie, ze nie mam aparatu w kieszeni, w ktorej mam go codziennie! Przeszukalam caly dom, przeprowadzilam wywiad srodowiskowy z moimi klientami.
Ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie.
Niestety, ani widu ani slychu.
Ani aparatu, ani karty SD, na ktorej bylo tyle wspomnien pieknych... :-(
Ba, ale to nie wszystko. Po powrocie z pracy i ochlonieciu z wrazen (mialam wazne zadanie wyprowadzenia dwoch brodatych olbrzymow, ktore dosc sporo problemow maja i balam sie jak nie wiem, ale udalo sie i bylo bardzo pozytywnie) stwierdzilam, ze polykanie niezbyt dobrze mi idzie... No fak, nic tylko chorowac teraz.

Czwartek. Goraczka i katar. Gardlo nie ustepuje. Walcze.

Ja to sie tego tygodnia normalnie boje. Jeszcze trzy dni przeciez!! :-O

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poniedzialek trzynastego

W ubieglym roku zaplacilam stanowczo za maly podatek i dopiero w tym roku sie tym zajelam. My bad. Policzylam, co i jak, dowiedzialam sie, ze zeby nie musiec pozniej placic odsetek karnych mam wszystko uregulowac do 13.lutego, zglosilam w banku internetowym przelew na konto Skarbowego jeszcze w srode w ubieglym tygodniu i...

... nic.

Sprawdzam w czwartek - zero. Sprawdzam w piatek - zero. Potem weekend to nici z przelewu, a w banku info, ze juz dokonany. To czemu jeszcze nie ma pieniedzy na koncie Skarbowki?

(dodam na marginesie, ze pierwszy raz w zyciu dokonywalam przelewu na tak duza sume)

Wreszcie dzis z samego rana zalogowuje sie, a tu nie dosc, ze pieniazki sa na odpowiednim koncie, to jeszcze widnieje data, ze z tego konta sciagniete maja byc planowo dopiero za miesiac!
*ulga*
Po powrocie z pracy dostalam jeszcze decyzje na papierze przez listonosza dostarczonym w kopercie razem zwanej listem i juz usmiech zagoscil na mojej twarzy. Bo szczerze mowiac troche strachu sie najadlam... Najbardziej obawialam sie, ze cos zrobilam sie i ze te pieniadze przepadna gdzies w nicosc - a takiej sumy to nie mam pojecia, skad mialabym wziac drugi raz...

A w pracy milo dzisiaj bylo, jak to zawsze trzynastego =) O 10.00 z domu wyszlismy z Brodaczem przed 16.00 wrocilismy. Slonce ogrzalo nam dupy (bo zamiast zapowiadanego -10 bylo +2!), buty przemokly, kamienie/piasek, ktorymi posypane schody uciskaly miedzy opuszkami i stworzenia zwierzecego, ale przezyslimy, zdazylismy nawet posmiac sie (ja na swoj sposob, czworonog na swoj) z przyjaciolmi rasy Welsh Corgi Cardigan, z ktorymi niedlugo juz bedziemy zegnac sie niestety na dobre... Dobry dzien ten poniedzialek, dobry =)
A teraz czekam na dostawe moich zakupow spozywczych (tak, wiem, len jestem, przez internet zamawiam zamiast d.pe ruszyc), cappuccino popijam i bloguje sobie, usmiechajac sie do zdjec typu:


PS. Zapozyczone z grupy psygarnij.pl na fb.

sobota, 11 lutego 2012

Osobiscie (z psem)

Dochodze do wniosku, ze dla ludzi nie bedacych mna moje zycie moze wydawac sie niesamowicie nudne. Z dala od rodziny mieszkam. Z dala od przyjaciol mieszkam (jesli w ogole ktokolwiek jeszcze zasluguje na to miano... czekajcie... jest pare osob, na palcach jednej reki policzyc mozna). Z mezem mijam sie dosc czesto. Dzieci nie mam (nie pytajcie, kiedy beda, bo nie mam na to pytanie odpowiedzi). Mam za to psa.

Pies moj stanowi zycia centrum.

Jeszcze jako dziecko chcialam pracowac ze zwierzetami i byc weterynarzem (zaraz po zakonnicy - zakonnica na pierwszym miejscu byla przez lat wiele). Oczywiscie obowiazkowo miec wlasnego czworonoga w domu. W poznym dziecinstwie skonczylo sie to na chomikach i myszkach, ale pod koniec okresu mojego mieszkania z rodzicami doprosilam sie (z pomoca siostry i brata) psa. Suczke adoptowalismy ze schroniska (jesli to miejsce w ogole mozna nazwac schroniskiem, Szwedzi zlapaliby sie pewnie za glowe, jakby zobaczyli warunki przechowywania zwierzat w tym gospodarstwie...), ale zostala psem rodzinnym i jej nigdzie stamtad nie wywiozlam.
Trzeba bylo sie postarac stworzyc kiedys warunki we wlasnym M.

Udalo to sie w roku 2010 (nareszcie). I od tamtej pory ja i moj czworonog jestesmy praktycznie nierozlaczni. Na poczatku bezrobotny wtedy jeszcze maz mogl pomoc przy opiece, nastepnie dopasowalismy sobie tak godziny pracy, zeby piesek nie musial siedziec w domu sam - bo uwazam, ze taki canis lupus familiaris jako zwierze stadne nie powinien byc zostawiany sam w domu dluzej niz na pare godzin. Okazalo sie w miedzyczasie, ze nasz nawet pare godzin nie moze zostac sam z uwagi na sasiadow, gdyz czworonog uparcie stawal w przedpokoju i szczekal BEZ PRZERWY az do momentu, kiedy ktores z nas wrocilo do domu. Niefajnie, prawda?
Znalazlam dziewczyne, ktora mogla sie nim opiekowac wieczorami w dniach, w ktorych oboje bylismy w pracy (tak mniej wiecej raz w tygodniu), ale nie uznawalam tego za rozwiazanie ostateczne.

I gdy nadarzyla sie szansa zmiany kariery zawodowej i wejscia na sciezke pracy z psami (chocby na najnizszym stopniu), jednoczesnie bedaca mozliwoscia spedzania czasu w pracy ze swoim wlasnym, nie wahalam sie ani chwili. Tak oto w 2011 rozpoczela dzialalnosc moja firma.
I zaczelo sie.

Wychodzimy z domu, ja i pies, najwczesniej o 8.45 a najpozniej o 10.15. Wracamy gdzies pomiedzy 15.15 a 16.30. Po calym dniu spedzonym w pracy nie mamy zbyt ochoty na cokolwiek innego, wiec wieczory spedzamy albo na papierkowej pracy (troche tego jest, aczkolwiek nie az tak duzo, zeby rzygnac po odrobieniu), albo na literaturze poswieconej psom (doksztalcam sie w czasie wolnym), albo przed monitorem oglupiajac sie pewna telenowela. Cos tam w miedzyczasie zjesc trzeba tez, czesto konczy sie na zupce chinskiej, chyba ze cos w weekend uda mi sie przygotowac i zamrozic. Jakies pranie tez gdzies upcham. Ale juz na zycie towarzyskie raczej sily nie mam.

Alternatywa (zwykle miedzy wiosna a jesienia) sa kursy, na jakie uczeszczamy - oczywiscie ja i czworonog razem. Takie hobby mam, dosc kosztowne, ale bardzo satysfakcjonujace. Juz wyprobowalismy agility i rally o', posluszenstwo/obedience i tracking. Tym pierwszym i tym ostatnim mamy zamiar zajmowac sie od kwietnia ponownie =)

Jeszcze dwa lata temu, szczegolnie w porze zimowej, chodzilam w melancholii graniczacej z depresja. Niepowodzenia w zyciu towarzyskim, niepowodzenia w zyciu prywatnym, niepowodzenia w zyciu zawodowym, niepowodzenia w zyciu akademickim...
A teraz po dwoch latach patrze na siebie z tamtego okresu z politowaniem. Wygladam przez okno i widzac zachmurzone niebo nie mysle "O nie, znowu szaro i ponuro", lecz "Zachmurzone niebo o tej porze roku oznacza zwykle to, ze jest cieplej".
I szklanke widze nie do polowy pusta, lecz do polowy zapelniona.

piątek, 10 lutego 2012

Lekka aktualizacja

Ewidetnie zapomnialam juz jak sie pisze bloga...

W miedzyczasie udalo mi sie przepracowac calutkie dwanascie dni pod rzad, przezyc najgorszy bol zeba w moim zyciu, wizyte na pogotowiu dentystycznym w niedzielne popoludnie i opieke nad mocno przeziebionym mezem (akurat temu za wiele nie pomoglam z powodu pracy, ale wyzdrowial i bez tego, i nawet do pracy dzis wrocil).

Zima zamienila sie w przedwiosnie, aby pare dni pozniej ponownie pokazac swoja prawdziwa twarz. Pieknie sie zrobilo w mig, slonce sie usmiechnelo do calego Sztokholmu (tzn. przynajmniej tak mi sie wydaje, chociaz widzialam tylko jedna malusienka jego czesc).
Widzieliscie kiedys roztapiajace sie sople lodu na dachach, kiedy w tym samym momencie termometry pokazuja -10 stopni Celsjusza? Ja mialam okazje dzis przed poludniem. Niesamowite!

Mialam taki plan o pracy mojej troche opowiedziec, ale nie mam sily formulowac mysli w dniu dzisiejszym, dlatego pozegnam sie z Wami dosc szybko i moze w ksiazke sie jakas zatopie. W koncu weekend wolny czas rozpoczac :-) Szkoda tylko, ze bez meza, ale coz, przezyjemy i to. Maz wolne mial w poprzedni, to ja bylam w pracy, a za tydzien znow czas na niego to ja uciekam w tym czasie do Linköping na uniwersytecki zjazd moj. Kolejny wolny dla niego weekend jestem z wizyta w Polsce, a potem w jeszcze jedno mezowe wolne ja pracuje.
Fajnie, nie?

piątek, 27 stycznia 2012

W moich progach witajcie...

Czesc, jestem eM i na eM-igracji spedzam wlasnie osmy rok...

eee

Wroc.

Potrzeba mi bylo zmiany. Tesknilam za "Skandynawska" jednoczesnie jednak nie chcac zbytnio do niej wracac. Szalet miejski jest i czeka na lepsze czasy (powrot weny? tam felietony przeciez tworzyc mialam, a tu taka wielka d.pa).
Nowego miejsca w sieci mi sie zachcialo. Jakby istnienie fotologa, strony internetowej, fejsbukowego profilu, szwedzojezycznego bloga "psiego" i Szaletu Miejskiego nie bylo wystraczajace.
Od onetu uciec chcialam juz dawno, ale sentyment nie pozwalal. No i licznik odwiedzin, ma sie rozumiec, chociaz juz dawno nic sie w nim nie ruszylo ;-)

A wiec jestem ku zmartwieniu jednych a uciesze drugich. W Dzien Pamieci o Ofiarach Holocaustu rozpoczynam moje wywody. O codziennosci tu bedzie. Prywatnie, ale publicznie.

Witajcie w moich progach.