Przychodza takie chwile, kiedy zastanawiam sie nad sensem mojego zwiazku - tudziez jakiegokolwiek zwiazku miedzy dwojgiem ludzi na swiecie. Coz, zmieniam sie ja, zmienia sie moj Maz, zmienia sie nasza rzeczywistosc... Wiem, zabrzmi to strasznie w tej chwili, ale zaczynam rozumiec ludzi, ktorzy mimo uczucia, ktore miedzy nimi jest, odchodza kazdy swoja droga.
Bo to jest tak - widziec sie nie widzimy. Rano wstaje, robie swoje, wyprowadzam psa, pije kawe, jem sniadanie... Maz pojawia sie dopiero na jakies 20 minut przed moim wyjsciem z domu. Robi sniadanie, wlacza telewizor i w przerwie miedzy wiadomosciami interesujacymi a wiadomosciami nieinteresujacymi probuje prowadzic jakas dyskusje. Wiadomo, jaki poziom tego typu dyskusje reprezentuja... Zadne z nas nie dochodzi do niczego sensownego, bo telewizor rozprasza.
Czasami udaje mi sie Meza mojego zobaczyc chwilke w dzien, kiedy albo przychodzi odebrac Brodacza z naszej pracy i wziac do domu na odpoczynek, albo pomoc mi z jakims innym czworonogiem. Najdluzej godzine. Ale wiadomo jak to jest, majac trzy, cztery czy piec psow trudno jest prowadzic jakakolwiek dyskusje na poziomie - znow.
Gdy przychodze z pracy, jego juz nie ma. Gdy on wraca, ja juz spie, bo rano wstaje sporo wczesniej i, trzeba przyznac, poza tym troche wiecej snu potrzebuje niz on.
Weekendy spedzamy na wlasnych zajeciach. Ja pracuje, a jak nie pracuje, to tropie z psem, a jak nie tropie, to jestem w domu, ale... sama z czworonogiem, bo Maz ma np. swoje mecze w kregle, albo turniej (jak w ten weekend). Albo kolega do niego przyszedl (a przeciez nie bede mu odmawiac kolegow, bo przez to juz przechodzilismy - podla ja - i nie bylo zbyt fajnie; poza tym to kolega, ktory sam mieszka w stolicy, wynajmuje jeszcze pokoj u jakiejs babki, wiec nie ma wlasciwie wlasnego kata, wiec mysle, ze i jemu dobrze robi pobyt u nas, gry na X-box czy jakies glupawe komedie i piwo w rece).
W tym momencie pewnie przerwiesz i powiesz, ze moge zazadac chwili dla mnie - i masz racje. A raczej mialbys, gdyby nie cos innego. Pare dni temu opuscil nas moj Tesc, czyli moj Maz stracil wlasnego ojca. W zwiazku z tym ani nie wiem, jak mam sie do niego odezwac, ani nie wiem, co w jego glowie siedzi... Dlatego nie marudze, nie wkraczam z buciorami, nie zadam, tylko czekam. Czekam na dzien pogrzebu i czekam na rozwoj sytuacji. Czekam, az ktokolwiek zdecyduje cokolwiek, bo ktoz ja jestem, zeby podejmowac decyzje dotyczace ich rodzinnych spraw?
Poza tym zlapalo go przeziebienie, dawno juz, i nie puszcza. Kaszel, katar, do tego jeszcze, jak co wiosne, alergia. W tej sytuacji naprawde nie czuje, ze odpowiednio byloby prosic go o spelnienie moich wlasnych potrzeb, badz co badz egoistycznych.
I tak siedze sobie w piatkowy wieczor, w sobotni wieczor... Sama z czworonogiem. Wlaczam film. Robie popcorn, choc wcale nie mam na niego ochoty. Ochote mam na bliskosc mezczyzny, mojego mezczyzny, mezczyzny, ktory wlasnie wyjechal na weekend i wroci w niedziele (dzis znaczy). I teraz powiedz mi, Drogi Czytelniku, co z tym fantem zrobic?
Czasami przychodza mi do glowy mysli nieokielznane. Ochote mam spakowac manatki i wyjsc. Albo w ogole, jak za dawnych czasow, zostawic wszystko, umalowac sie, wystroic i wyjsc na cala noc, obudzic sie w ramionach kogos innego, zapomniec o problemach.
Stracilam w ciagu ostatnich 2 lat 18kg, tylko w ciagu ostatniego roku prawie 10kg. Z powodu mojej pracy sylwetka zaczyna wygladac przyzwoicie, miesnie rzezbione... Ze tak brzydko sie wyraze, chcialoby sie komus to pokazac, pochwalic sie, zobaczyc ten blysk w oku mezczyzny, gdy widzi piekna kobiete - poki jestem jeszcze mloda! Chcialoby sie przetanczyc cala noc (mimo, ze nie tancze), chcialoby sie spaceru za reke przy swietle ksiezyca w jakiejs romantycznej scenerii...
Chcialoby sie mezczyzny, ktory prowadzi podobny tryb zycia, ktory tez czuje tak samo silna motywacje do zrzucenia wagi - ktory tez zmienia sie na lepsze fizycznie wraz z latami. A tu mezczyzna, ktory juz jak znajdzie chwilke, zeby nie robic nic waznego, siada na swojej ulubionej kanapie, robi kanapke i wlacza tv - a w tv potrafi gapic sie naprawde godzinami. A ja nie potrafie nic na to powiedziec w chwili obecnej - ze wzgledu na nasze rozmijanie sie (jak juz jestesmy chwilke ze soba nie chce sie klocic), ze wzgledu na smierc bliskiej osoby, ze wzgledu na jego alergie i przeziebienie... z wielu wzgledow, po prostu.
Ale zaraz lapie sie za glowe: "Co ty tu babo wymyslasz?!" - przeciez to, przez co przechodzimy obecnie, to czesc doroslego zycia - nieodlaczna, nieunikniona... Nie mozna trwac w zwiazku poki jest kolorowo, a potem uciekac, jak tylko cos zlego sie stanie. Ta czesc zycia doroslego, ktora teraz przezywamy, ma jeszcze jedna ceche charakterystyczna - nie jest wieczna! Prawdziwa sztuka doroslosci jest ja przetrwac z wiara i nadzieja na to, ze wszystko, co w zyciu pozytywne, wroci do nas w odpowiednim czasie.
W koncu wchodzac w zwiazek malzenski obiecuje sie byc przy boku tej drugiej osoby zarowno w chwilach szczesliwych jak i tych ciemnych, szaro-burych, w ktorych zyc sie odechciewa. I to jest kwintesencja sztuki zycia w zwiazku!
Notatka sklaniajaca do filozofii zwiazkow. Zadne nie sa idealne, kazde kryja w sobie jakies wady, chociaz na poczatku zapewne ich nie widac. w obecnych czasach problemy (najglupsze!) rozwiazuje sie wysuwajac papierki rozwodowe,ale...to nie w tym rzecz. Rzecz to stac u czyjegos boku i walczyc. zwiazek to parabola, przechodzi rozne etapy i warstwy uczuc. Moze teraz jest zle,zeby za jakis czas znowu bylo cudownie ? Nie ma co sie poddawac. Warto zgryzc wargi,jesli nie dla tego,jak jest teraz, to dla tego,jak bylo kiedys, i jak byc jeszcze moze. Glowa do gory! sciskam. Sprezyna
OdpowiedzUsuńDziekuje, kochana.
UsuńEmi; tak mniej więcej wygląda większość związków, tylko ludzie do tego się głośno nie przyznają. jak moja koleżanka mówi; każdy siedzi w mniejszym lub większym gów..e. smutne to, ale tak to jest. upadki i wzloty są na porządku dziennym. trzeba tylko przeczekać;)
OdpowiedzUsuń