niedziela, 15 kwietnia 2012

Po-wielkanocna aktualizacja

Zagubiona jakas w tym blogowym swiecie. I na co mi bylo zakladac nowego, gdy na starych smieciach tak rzadko bywam?

Ciezko czasami. Cieszymy sie drobnymi rzeczami. Staram sie narzekac jak najmniej, mimo ze chcialoby sie wiecej czasu spedzac ze soba, ale z drugiej strony... nie wiadomo, ile jeszcze chwil maja przed soba. Nie mam pojecia, jakbym sie czula, gdyby chodzilo i kogos z moich rodzicow... Byloby mi niezmiernie smutno, pewnie i depresyjnie. Wiec staram sie zrozumiec, ze odsunieta chwilowo jestem na dalszy plan.

Ciesze sie, ze mam czworonoga. Pomaga mi towarzystwo futerka, mimo ze nie moze odpowiedziec na moje pytania.
Co dalej?

W firmie pozytywnie, aczkolwiek ponownie stresujaco. Kiedy tylko cierpliwosc sie konczy i jade na rezerwie, powtarzam sobie jak mantre, ze dobry humor musze utrzymac, ze spokoj na dobre mi wyjdzie - bo to prawda. Wiem, ze ludzie obserwuja, trudno nie zauwazyc jest tej samej dziewczyny w wojskowej zieleni poruszajacej sie tymi samymi ulicami dzien w dzien z dwoma, trzema, czterema... ba, czasami nawet piecioma psami na smyczy roznej dlugosci i koloru. A wiadomo, ten w jedna strone, ten w druga, tamten cieszy sie jak wariat na widok innych psow, innego znowu przeokropnie to stresuje... Trzeba nad tym wszystkim zapanowac - a od panowania nad soba sama zaczac!

Wielkanoc spedzilam w towarzystwie mojego czworonoznego brodacza. Pan Maz niestety pracowal od Wielkiego Piatku na Wielkiej Niedzieli konczac. A ja w Poniedzialek Wielkanocny mialam swoje rzeczy do zrobienia (m.in. cztery "obce" lapki do wyprowadzenia dwa razy tego dnia), wiec troszke sie rozminelismy. Zajelam sie za to nadrabianiem zaleglosci horrorowych i w ciagu tych swiat obejrzalam chyba z piec sztuk!
Powinnam jednak zabrac sie raczej na zaleglosci uczelniane, bo te sie pietrza tylko i zastanawiam sie, czy tego obecnego kursu nie zrobic po prostu jeszcze raz w innym terminie, bo po pracy tak padnieta jestem, ze nic do glowy juz nie wchodzi - a pracuje czesto, czesciej niz "zwykly" czlowiek.

Znalazlam jednak wczoraj chwile na wysprzatanie calutkiego mieszkanka, a dzis sily na dokladne wyczesanie podszerstka sznaucerowego (i kolejne sprzatanie, bo wlosy w calej kuchni - z racji braku miejsca jestem zmuszona robic to wlasnie tam) i na dopucowanie tego, co nasza psia fryzjerka zrobila dwa tygodnie temu - i dumna jestem z siebie :-) Jeszcze na spacer dlugi sie Pan Maz ze mna wybral mimo dokuczajacego mu juz czwarty bodajze tydzien przeziebienia.

Wczoraj spadl snieg. Z 10cm tego sniegu. W nocy zamarzl. A dzisiaj nas podtopilo, bo temperatura nagle podskoczyla do ponad dziesieciu stopni. I badz tu czlowieku madry (i zdrowy!)... Podobno nieciekawa pogoda sie szykuje w nadchodzacym tygodniu.
Oczekuje przeziebienia i ja.

Pan Maz jest juz wyedukowanym instruktorem jazdy w metrze tutejszym i od wtorku zaczyna prowadzic wlasny kurs. Niestety przydzielono go grupie wieczorowej, co oznacza nic innego jak prace 16-24... Ja za to glownie w pracy 8-16 (czasami krocej, bo 9.30-15.00), wiec kontynuujemy rozmijanie sie.
Z wiesci pozytywnych jednak moge juz teraz usmiechnac sie na urlop, ktorego w tym roku razem bedziemy miec az trzy tygodnie - dwa w lecie na przelomie czerwca i lipca, i tydzien na jesieni. Jakies tam mniejsze plany juz po glowie chodza... I byle dotrwac do czerwca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz