Mam wrażenie, że już całkiem wiejska dziołcha ze mnie.
Na mini-urlop się wybraliśmy. Ja i Pan Mąż. Teściowa dobra na ochotnika do opieki nad Brodaczem. Miało być troszkę inaczej, ale koniec końców wylecieliśmy - kierunek Italia, dość północna.
Bolonia.
Miasto nie ogromne, ale do najmniejszych nie należy. Trafiliśmy akurat na dzień świąteczny, co oznacza centrum zamknięte dla ruchu samochodowego - bardzo dobry pomysł, muszę przyznać :-)
W jakim szoku jednak byłam, gdy w piątek ruch powrócił i nagle Bolonia prezentuje bałagan jak na "ruskim targu". Piesi wyłażą na ulice, jak tylko im się podoba, samochody parkują na kierowców widzi-mi-się, klaksony na prawo i lewo głośniejsze od szwedzkich ambulansów na sygnale... Przejść na drugą stronę jezdni to nielada wyczyn, nawet na przejściach dla pieszych z sygnalizacją świetlną!
Jako że nasz hotel leżał trochę na uboczu, trzeba było czymś się do centrum dostać. Pierwszy raz szliśmy własną dwójką, ale szybko doszliśmy do wniosku, że lepiej siły oszczędzić na inne atrakcje i rozpoczęliśmy przygodę z komunikacją miejską.
Zaczęło się mile, nie powiem. Nie mieliśmy drobnych na bilety, które można kupić m.in. w automacie-skrzyneczce już na "pokładzie" autobusu, a u kierowcy biletu kupić nie można było. Już mieliśmy wysiadać, gdy kierowca podniósł się z siedzenia i zwrócił z pytaniem o drobne do pasażerów. Zaraz znalazły się dwie pomocne panie, które chociaż nie mówiły po angielsku, wysiliły się nie tylko na wymianę banknotu 5€ na monety, ale także na pokazanie, jak automat na bilety działa :-)
Tak sobie myślałam, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Szwecji, zostałaby rozwiązana w jeden z następujących sposobów:
1. Kierowca machnąłby ręką i kazał rozmienić kasę gdzie indziej i wziąć następny autobus.
lub:
2. Kierowca wstał i zapytał ludzi w autobusie, czy ktoś ma rozmienić pieniądze. Wszyscy pasażerowie popatrzyliby w okno lub w podłogę. W efekcie kierowca zachowałby się jak w punkcie 1.
Wracając jednak do komunikacji miejskiej - autobusy mają różne trasy w zależności od tego, czy to dzień roboczy, czy sobota lub świąteczny i można się w tym wszystkim nieźle zakręcić, zwłaszcza, że oprócz linii głównych (jak np. nasza 20) są jeszcze sublinie (np. 20A), a ich trasy troszkę się od siebie różnią.
Podołaliśmy jednak i nawet teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to aż tak skomplikowane.
Ogólnie taka Bolonia mogłaby mieścić się w Polsce. Nie potrafię w tym momencie zagłębić się w szczegóły, ale nawet Pan Mąż stwierdził, że jest tak podobnie, że aż chciał polskiego na ulicy używać (parę osób z pewnością zrozumiałoby dość sporo, ale to tylko parę - wbrew pozorom nie spotkaliśmy na ulicach aż tylu rodaków eM, jak w szwedzkiej stolicy.
Może lepiej się kamuflują wyglądem i zdolnościami lingwistycznymi?
Ostatniego dnia naszego mini-urlopu wpakowaliśmy się na wzgórze, gdzie leży sanktuarium di San Luca. Prowadzi do niego dość ładny pasaż (trochę remontu by się mu przydało!), który jest jedynym przedstawicielem baroku w Bolonii, a jednocześnie jest najdłuższym pasażem w Europie, ze swoimi prawie 4km długości :-)
Pod górkę lekko nie było, ale zdecydowanie się opłacało. Czarna Madonna może nie powala, ale widok na Dolomity - zdecydowanie!! No i nareszcie można było odetchnąć świeżym powietrzem (jednocześnie podziwiając smog spalin unoszący się nad miastem, fuj!!), a i oko odpoczęło :-)
Jedzenie za to przepyszne, choć jeśli o pizzę chodzi, to zdecydowanie wolę szwedzką, na cieńszym i mniej solonym cieście ;-) Zapiekana w cieście ośmiornica nie przypadła Panu Mężowi do gustu, za to eM pożarła aż dwie porcje i to za jedyne 11€ (łącznie z pierwszym daniem i dość sporym kieliszkiem wina!).
Makarony cuda, sery cuda, szynka cudo!
Tylko kawa trochę za mocna... I te rogaliki takie maślane, tłuste - aż mnie w sobotę rozbolał brzuszek i całe popołudnie i wieczór spędziliśmy w hotelu... :-(
(tyle udalo mi sie napisac w samolocie w drodze powrotnej, moze cos jeszcze sensownego na dniach dopisze)
Urlop to ważna sprawa, a jak jeszcze tyle ciekawych przeżyć to dopiero fajnie :) co do tego autobusu, to zastanawiam się co stałoby się w Norwegii i chyba przypominam sobie taką sytuację, w której drobnych nie miałam dość i kierowca, u którego kupuje sie bilety machnął ręką i wydał mi bilet :) ale to dawno było ...
OdpowiedzUsuńA mowilas wtedy po norwesku? Bo po tym, jak napisalas, to tez sobie pomyslalam, ze to mozliwy scenariusz jest i tutaj, ale bardziej dla obcokrajowcow niz tutejszych ;-)
UsuńZazdroszczę. Naprawdę. Myślałam sobie o tym, jak ta sytuacja z autobusu wyglądałaby w Polsce... chyba nie mam zbyt dobrego zdania o rodakach :(
OdpowiedzUsuńA co? Wydaje ci sie, ze para taka bez drobnych zostalaby po prostu wyrzucona i zdana sama na siebie?
UsuńCiekawe wspomnienia z urlopu :) a jakie wnioski :d
OdpowiedzUsuńzapraszam do siebie po odbiór wyróżnienia :)
Mowisz mocna kawa ?;) Ja do mocnej kawy sie przyzwyczailam i lubie ja...odtanio pilam kkawe w Neapolu, tam to jest mocna kawa!!! Jezyk kolkiem staje ;))
OdpowiedzUsuń