sobota, 11 lutego 2012

Osobiscie (z psem)

Dochodze do wniosku, ze dla ludzi nie bedacych mna moje zycie moze wydawac sie niesamowicie nudne. Z dala od rodziny mieszkam. Z dala od przyjaciol mieszkam (jesli w ogole ktokolwiek jeszcze zasluguje na to miano... czekajcie... jest pare osob, na palcach jednej reki policzyc mozna). Z mezem mijam sie dosc czesto. Dzieci nie mam (nie pytajcie, kiedy beda, bo nie mam na to pytanie odpowiedzi). Mam za to psa.

Pies moj stanowi zycia centrum.

Jeszcze jako dziecko chcialam pracowac ze zwierzetami i byc weterynarzem (zaraz po zakonnicy - zakonnica na pierwszym miejscu byla przez lat wiele). Oczywiscie obowiazkowo miec wlasnego czworonoga w domu. W poznym dziecinstwie skonczylo sie to na chomikach i myszkach, ale pod koniec okresu mojego mieszkania z rodzicami doprosilam sie (z pomoca siostry i brata) psa. Suczke adoptowalismy ze schroniska (jesli to miejsce w ogole mozna nazwac schroniskiem, Szwedzi zlapaliby sie pewnie za glowe, jakby zobaczyli warunki przechowywania zwierzat w tym gospodarstwie...), ale zostala psem rodzinnym i jej nigdzie stamtad nie wywiozlam.
Trzeba bylo sie postarac stworzyc kiedys warunki we wlasnym M.

Udalo to sie w roku 2010 (nareszcie). I od tamtej pory ja i moj czworonog jestesmy praktycznie nierozlaczni. Na poczatku bezrobotny wtedy jeszcze maz mogl pomoc przy opiece, nastepnie dopasowalismy sobie tak godziny pracy, zeby piesek nie musial siedziec w domu sam - bo uwazam, ze taki canis lupus familiaris jako zwierze stadne nie powinien byc zostawiany sam w domu dluzej niz na pare godzin. Okazalo sie w miedzyczasie, ze nasz nawet pare godzin nie moze zostac sam z uwagi na sasiadow, gdyz czworonog uparcie stawal w przedpokoju i szczekal BEZ PRZERWY az do momentu, kiedy ktores z nas wrocilo do domu. Niefajnie, prawda?
Znalazlam dziewczyne, ktora mogla sie nim opiekowac wieczorami w dniach, w ktorych oboje bylismy w pracy (tak mniej wiecej raz w tygodniu), ale nie uznawalam tego za rozwiazanie ostateczne.

I gdy nadarzyla sie szansa zmiany kariery zawodowej i wejscia na sciezke pracy z psami (chocby na najnizszym stopniu), jednoczesnie bedaca mozliwoscia spedzania czasu w pracy ze swoim wlasnym, nie wahalam sie ani chwili. Tak oto w 2011 rozpoczela dzialalnosc moja firma.
I zaczelo sie.

Wychodzimy z domu, ja i pies, najwczesniej o 8.45 a najpozniej o 10.15. Wracamy gdzies pomiedzy 15.15 a 16.30. Po calym dniu spedzonym w pracy nie mamy zbyt ochoty na cokolwiek innego, wiec wieczory spedzamy albo na papierkowej pracy (troche tego jest, aczkolwiek nie az tak duzo, zeby rzygnac po odrobieniu), albo na literaturze poswieconej psom (doksztalcam sie w czasie wolnym), albo przed monitorem oglupiajac sie pewna telenowela. Cos tam w miedzyczasie zjesc trzeba tez, czesto konczy sie na zupce chinskiej, chyba ze cos w weekend uda mi sie przygotowac i zamrozic. Jakies pranie tez gdzies upcham. Ale juz na zycie towarzyskie raczej sily nie mam.

Alternatywa (zwykle miedzy wiosna a jesienia) sa kursy, na jakie uczeszczamy - oczywiscie ja i czworonog razem. Takie hobby mam, dosc kosztowne, ale bardzo satysfakcjonujace. Juz wyprobowalismy agility i rally o', posluszenstwo/obedience i tracking. Tym pierwszym i tym ostatnim mamy zamiar zajmowac sie od kwietnia ponownie =)

Jeszcze dwa lata temu, szczegolnie w porze zimowej, chodzilam w melancholii graniczacej z depresja. Niepowodzenia w zyciu towarzyskim, niepowodzenia w zyciu prywatnym, niepowodzenia w zyciu zawodowym, niepowodzenia w zyciu akademickim...
A teraz po dwoch latach patrze na siebie z tamtego okresu z politowaniem. Wygladam przez okno i widzac zachmurzone niebo nie mysle "O nie, znowu szaro i ponuro", lecz "Zachmurzone niebo o tej porze roku oznacza zwykle to, ze jest cieplej".
I szklanke widze nie do polowy pusta, lecz do polowy zapelniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz