Przyznam sie, ze nie zawsze jestem ze wszystkiego zadowolona. Niestety, przeciwnie wrecz, zawsze jest cos, co przeszkadza mi cieszyc sie pelnia szczescia... Kiedys byla to praca, chec posiadania psa, chec posiadania dziecka, chec ukonczenia jakiejs szkoly itd. Dzis to chec wiekszego mieszkania, chec czestych wizyt u rodziny, chec wiekszych zarobkow... Nie wiem, czy to ludzkie takie uczucie jest, to wieczne niezadowolenie z obecnej sytuacji, czy to tylko ja taka jestem rozpieszczona zyciem?
Dzis jeszcze, oprocz tych fizycznych spraw typu ciasne mieszkanie (mamy nadal te same 56-58m2 co w roku 2008, mimo ze jeszcze do naszej dwojki mozna dodac psa, dziecko i firme, ktora nie ma wlasnego biura ani magazynu...) mam takze poczucie niezamknietych spraw zwiazanych z ciaza, porodem, karmieniem i tymi sprawami. I mimo, ze pewnie polowy z Was to nie za bardzo interesuje albo dotyczy, to ja sie z Wami szczegolami intymnymi podziele.
Jak ten Maly Czlowiek w ogole powstal? Po wielu bezowocnych latach przyszedl rok 2014 i stwierdzilam, ze wreszcie czas sie zabrac za to na 100%, bo to juz trzydziestka za pasem i jak tak, ile jeszcze czekac jak nic sie nie dzieje? Oprocz tego mialam jeszcze innego rodzaju problem wiec wyszukalam jakis gabinet ginekologiczny prywatny, zadzwonilam tam i umowilam sie na wizyte - prywatnie to kolejek nie bylo - i sie tam pojawilam. Lekarz co trzeba obejrzal, posluchal mojej historii i jednoznacznie stwierdzil, ze trzeba okres uregulowac, bo jak tak raz 28 dni a raz 48 dni to trudno, zeby cos z tego bylo. Do tego dodal, ze wedlug jego maszynerii mam miec owulacje lada dzien (a ja na to :-O bo to juz dzien cyklu byl dwudziesty dziewiaty). Przepisal tabletki zwazne Provera (doczytalam, ze to syntetyczny progesteron jest) i kazal brac: na 20-ty dzien cyklu zaczac i 10 dni brac, potem przerwa i tak dalej. Podobno mialo to sprawic, ze po pol roku @ jak w zegarku.
Zapomnialam sie tylko spytac, czy mam do nastepnego cyklu odczekac i liczyc, czy od razu zaczac brac, jako ze ta owulacja taka widoczna na tym monitorze byla... Odczekalam pare dni i stwierdzilam, ze co bede czekac na okres, wezme sobie pigulki te swiete od razu. Przeczytalam w internecie, ze @ mozna sie spodziewac 3-5 dni po ostatniej tabletce, odczekalam swoje, jakis tam okres sie zaczal, ale tak samo szybko sie skonczyl jak sie zaczal. Ja obczytana ciazami, zachodzeniem i tak dalej od razu pomyslalam o krwawieniu implantacyjnym, poczekalam 2 dni, a ze @ nadal nie wrocila to stwierdzilam, ze czas na test. No i plus mi wyszedl, a dokladniej to napisane bylo doslownie, ze w ciazy jestem (Clearblue digital).
(napomkne, ze w dniu tym rzucilam palenie i to juz ponad 2 lata temu bylo, ale za mna to jeszcze nadal chodzi, bo przyplacilam to 9 dodatkowymi kg, ktore nie chca zejsc)
Radosc krotka byla, gdyz plamienie zaczelo sie juz 2 dni po pozytywnym tescie. Ile ja sie nameczylam, namartwilam, nachodzilam po lekarzach, naogladalam USG... Na pierwszym USG to mi w ogole powiedziano, ze chyba poronilam i kazano tydzien czekac na nastepne badanie, a ja myslalam przez ten tydzien, ze zejde z tego swiata... Na drugim USG serduszko bilo ladne, dostalam do domu zdjecie i zyczenia powodzenia. Plamienia mialam do 24.tyg, nie jest to zbyt fajna sprawa - fizyczna praca i jeszcze ten stres, ze moze poronie w kazdej chwili ta ciaze, na ktora 5 lat prawie dane mi bylo czekac. A jak plamienia sie skonczyly, to zaczely sie zawroty glowy. Brzuch wielki, wszystko ciezkie, kiszki skrecone, oddychac nie ma jak, w nocy spac sie nie da, bo dziecko kopie... Eeee, wez to pan, nie dla mnie te ciaze.
Cialo mnie uchowalo od bezsensownych bolesnych skurczy na szczescie i jak juz skurcze sie pojawily to i czas bylo Malemu Czlowiekowi opuscic swoja kawalerke i oddac mi moje cialo (ale bylo rozczarowanie, gdy sie okazalo, ze cialo to jednak wcale nie to samo!). Punktualnie jak w zegarku, godzina zero. Ale cos te skurcze jakies szybkie i intensywne, dopiero co sie zaczely, a juz co 2 minuty, a podobno pierworodki to dlugo rodza! Z porodowka rozmawialam o 15.30 z tymi skurczami wlasnie (tyle ze co 4 minuty byl taki skurcz z prawdziwego znaczenia, a pomiedzy tam 2 minucie drugiej, szostej, osmej itd. taki polskurcz jakby) i najpierw pani powiedziala, ze to jeszcze nie czas, ze przeciez pierwsze dziecko i ze dopiero pierwszy skurcz o 12.50... Po chwili sie rozmyslila i stwierdzila, ze moge przyjechac na kontrole, ale ze mam sie liczyc z tym, ze odesla mnie do domu. Zanim sie spakowalismy, zanim wyszykowalismy, zanim taksowka przyjechala byla godzina 17.10, a skurcze co druga minute juz intensywne. Ta podroz taksowka do szpitala to moje najgorsze wspomnienie z calego porodu, serio! 18.01 juz oficjalnie mnie wpisano, gaz rozweselajacy podano (polecam! jesli zdecyduje sie kiedykolwiek rodzic naturalnie to bez gazu nigdzie sie nie ruszam!) - a nie, nie podano tak sobie, ja sie wyprosilam - ale cos im sie nie podobalo w tym wszystkim i podali mi dwa razy dozylnie Bricanyl na spowolnienie akcji porodowej. Nie zadzialalo wcale, Maly Czlowiek wydawal sie bardzo zestresowany i o godzinie 18.45 juz zaczeto dyskutowac, czy nie ciac. O 19.25 juz mi znieczulenie zewnatrzoponowe podano.
Dziwne to uczucie, jakbym nagle rodzic przestala! Zadnego bolu, zadnych problemow - tak sie czulam, serio. Zamiast niepokoju ogarnal mnie spokoj, wreszcie koniec mieczarni. Godzine pozniej moglam juz i Malego Czlowieka widziec, i slyszec.
Wlasnie uswiadomilam sobie teraz (piszac tego posta), ze duzo czasu mi ta historia ciazowo-porodowa zajela i nie mam juz czasu opowiedziec Wam, co sie po niej zdarzylo i co mi jeszcze na sercu lezy, ale krotko tylko podsumuje, ze ciagle nie jestem pewna, czy chce drugie dziecko. Bo co to za kara na kobiete spadla w ogole, dlaczego to my mamy cierpiec i w bolach sie wic (a nie, wic nie mozna, trzeba oddychac spokojnie i naturalnie i sie zrelaksowac - ktos, kto to wszystko wymyslil jakos chyba tego nie przemyslal do konca...), a mezczyzna tylko "chce dziecko", chwila przyjemnosci, a potem moze sobie dalej zyc jak wczesniej...
Ale ale, jeszcze troche popisze i za duzo wypaplam, a chcialam jeszcze tak z jednego posta w tym temacie. Bedzie o tym, co dalej z tym fantem, jak to karmienie podobno jest urokiem macierzynstwa (jak nie urok to sraczka, mawiaja...), jak brzuch zamienia sie z pieknej kulki w rozlazly, pusty worek po ziemniakach i jakie to rozczarowanie, gdy wszyscy w ciazy mowili, ze po porodzie to 10kg w dol w jeden dzien, a tu sie okazuje, ze jednak nie u wszystkich, bo u ciebie waga stoi... O tym to kiedy indziej napisze. O.
poniedziałek, 21 marca 2016
wtorek, 15 marca 2016
Taka "pomiedzy" - nie juz, a jeszcze
Taki plan mialam. Wrocic. Z kazdym postem i za kazdym razem. Niestety nie umiem pisac juz jak kiedys... Jestem teraz taka "pomiedzy". Pomiedzy dwoma krajami - sercem juz nie w Polsce, ale jeszcze nie w Szwecji. Pomiedzy dwoma jezykami - polskiego nie pamietam juz na tyle, zeby moc sie nim bawic jak za czasow Szaletu Miejskiego, szwedzkiego nie opanowalam jeszcze na tyle, by moc sie nim bawic jak polskim niegdys. Pomiedzy dwoma blogami (trzeba juz wlasciwie) - polskim blogiem dla polskich znajomych, szwedzkim blogiem dla znajomych szwedzkich.
Wlasciwie to wiem juz, ze to wyzej wspomniane "jeszcze" nigdy nie nadejdzie. Kazda podjeta przez nas decyzja wplywa na rzadek innych decyzji. Kazda podjeta przez nas decyzja otwiera nowe drzwi, ale jednoczesnie zamyka szereg innych drzwi. Nie o wszystkim mamy swiadomosc od razu. Nie wszystko jest wazne w chwili podejmowania decyzji.
Moja decyzja o emigracji otworzyla mi drzwi do spokojnego zycia. Zycia, gdzie nie musze martwic sie o to, jakim cudem mam zrobic, zeby starczylo do pierwszego (choc musze powiedziec, ze niejednokrotnie zasluga to bylo Pana Meza, a nie moja wlasna, obojetnie co feminizm w tej kwestii mowi). Zycia, gdzie nie musze martwic sie o to, ze jak strace obecna prace, to nie znajde innej i ze jej musze sie kurczowo trzymac. Zycia, gdzie moge wyjsc do lasu, ktory mam tylko pare krokow od domu i nawdychac sie swiezego powietrza. To wszystko jest fantastyczne oczywiscie, ale...
... kiedys bylam u siebie i swoj jezyk mialam. Tysiace ksiazek pozartych w dziecinstwie, setki tysiecy slow zapisanych w pamietnikach, wierszach i powiesciach sprawily, ze jezyk moj nie byl mi obcy i slowem bawic sie moglam bez trudu. Wystarczylo tylko usiasc nad biala, pusta kartka i posiedziec wystarczajaco dlugo, moze wlaczyc nastrojowa muzyke i wszystko samo sie pisalo.
"To juz minelo, ten klimat ten luz". Nie jest problemem to, ze nie znam jezyka - na jesieni pisalam test z predyspozycji do studiowania (högskoleprovet) i wypadlam tak dobrze, ze az sama sie zdziwilam (bez przygotowania i po nieprzespanej nocy, gdy Maly Czlowiek obudzil mnie juz o 4.00). Proby literackie jednak to nie to samo, co opisanie sytuacji treningowej z psem tudziez swojego dnia z malym dzieckiem. Proby literackie to cos wiecej niz tylko codziennosci slowo. Po szwedzku pisac umiem, nawet naukowe teksty, ale poezje? Proze poetycka? Panie, nie pytaj nawet. Nikt tego nie chce czytac, nigdy moje blogi szwedzkie nie zdobyly popularnosci, wiec dochodze do wniosku, ze jednak pisac nie umiem na tyle, aby to sie fajnie czytalo.
A w polskim tekscie? W polskim tekscie beda powtorzenia, beda te same zwroty i metafory - bedzie to, co pamietam. Beda jednak niestety tez i bledy, ktorych kiedys nie popelnialam. Wiem, moja wina, ksiazek po polsku nie czytam...
Siadam, otwieram bloga, mysle chwile, slowo pierwsze napisze i... zamykam, bo nie wiem, czy ktos w ogole jeszcze to chce czytac, czy kogos w ogole to moje zycie niewielkie obchodzi, czy po prostu nie zaloguje sie tu pewnego dnia i przeczytam: "A wez sie juz babo zamknij, wielka emigrantka, 11 lat i jezyka nie pamieta".
11 lat... To wiecej niz 33% mojego calego zycia.
Teksty czytam w Wysokich Obcasach czasami. Listy emigrantek. Niedawno pojawil sie list dziewczyny z Danii, ktora ubolewala, ze jest przez spoleczenstwo odrzucona i ze Dunczycy to taki wredny narod, bo sie swataja ze swoimi, a na Polke patrzec nie chca, tylko kaza jej na zajeciach jezyka uczyc sie o sprzataczkach i kelnerkach. Zebralam sie i skomentowalam, ze i owszem, mozna miec takie uczucie i po czesci jest to prawda, ale jesli sie czlowiek zaprze i cos postanowi, to i w Danii, i w Szwecji kims moze byc. Spojrzmy chocby na moj wlasny przyklad: jest dobry maz (ktory Malym Czlowiekiem sie na dniach tygodnia opiekuje juz od czerwca i do czerwca jeszcze w domu bedzie, powiedzcie mi, ilu w Polsce by sie na cos takiego zgodzilo? Albo nawet Polakow w Szwecji, jesli juz system w to mieszac mamy?), jest cudowne malenstwo, jest pies, ktory daje mi radosc zycia i ktory sens zyciu mojemu nadal 6 lat temu. Jest mieszkanie w spokojnej dzielnicy, ladnej, zielonej i jest firma wlasna. "Jaka to firma, z psami chodzisz", ktos powie. Tak, ale ja to czlowieku UWIELBIAM! Jestem na swiezym powietrzu, ruszam sie, spedzam dni ze zwierzetami (a nie z ludzmi, ktorzy mnie denerwuja), sama jestem sobie szefem, doksztalcam sie, mam zajecia prywatne z wlascicielami/opiekunami innych psow, ktorzy chca sie czegos o wychowaniu i psychologii czworonoga dowiedziec, sama zajmuje sie ksiegowoscia, kontaktem z klientami, marketingiem - no doslownie WSZYSTKIM. W mojej pracy nigdy nie jest nudno!
Jednak nie o tym mialo byc, mialo byc o artykule w Obcasach. Otoz to, wiedzialam, ze jesli skomentuje, ze kazdy jest kowalem swego losu i ze wiele z tego, co pani autorka w liscie pisze to jej odczucia, a nastawienie ludzi do nas mozna zmienic poprzez nasze nastawienie do nas samych i do innych, ze jesli ten komentarz sie pojawi to za moment ktos mnie oswieci, ze racji nie mam, bo tutejsi i tak maja mnie za glupia, mimo ze ja tego nie odczuwam.
A ja sie nie zgodze.
I pamietam, jak do Szwecji przyjechalam 2006 i aktywna bylam na pewnym polskim portalu - gdy staruszkowie mieszkajacy juz tu parenascie lat mowili, ze zmieni mi sie to pozytywne nastawienie do swiata i do Szwedow jak tu troche dluzej pomieszkam, ze nie da sie nic powiedziec po roku, dwoch, trzech... Dzis juz jest ponad dziesiec lat i co? Jakos nie czuje sie przez Szwecje oszukana, nadal uwazam, ze warto bylo tu przyjechac, ze sie odnalazlam tutaj i ze mi sie tutaj podoba, nawet jesli liczba samobojstw w rzeczywistosci wyzsza jest niz media glosza, bo o niektorych rzeczach w tym kraju mowic sie publicznie nie powinno.
Taka jest Szwecja i ja ja taka akceptuje. A ona mnie.
Wlasciwie to wiem juz, ze to wyzej wspomniane "jeszcze" nigdy nie nadejdzie. Kazda podjeta przez nas decyzja wplywa na rzadek innych decyzji. Kazda podjeta przez nas decyzja otwiera nowe drzwi, ale jednoczesnie zamyka szereg innych drzwi. Nie o wszystkim mamy swiadomosc od razu. Nie wszystko jest wazne w chwili podejmowania decyzji.
Moja decyzja o emigracji otworzyla mi drzwi do spokojnego zycia. Zycia, gdzie nie musze martwic sie o to, jakim cudem mam zrobic, zeby starczylo do pierwszego (choc musze powiedziec, ze niejednokrotnie zasluga to bylo Pana Meza, a nie moja wlasna, obojetnie co feminizm w tej kwestii mowi). Zycia, gdzie nie musze martwic sie o to, ze jak strace obecna prace, to nie znajde innej i ze jej musze sie kurczowo trzymac. Zycia, gdzie moge wyjsc do lasu, ktory mam tylko pare krokow od domu i nawdychac sie swiezego powietrza. To wszystko jest fantastyczne oczywiscie, ale...
... kiedys bylam u siebie i swoj jezyk mialam. Tysiace ksiazek pozartych w dziecinstwie, setki tysiecy slow zapisanych w pamietnikach, wierszach i powiesciach sprawily, ze jezyk moj nie byl mi obcy i slowem bawic sie moglam bez trudu. Wystarczylo tylko usiasc nad biala, pusta kartka i posiedziec wystarczajaco dlugo, moze wlaczyc nastrojowa muzyke i wszystko samo sie pisalo.
"To juz minelo, ten klimat ten luz". Nie jest problemem to, ze nie znam jezyka - na jesieni pisalam test z predyspozycji do studiowania (högskoleprovet) i wypadlam tak dobrze, ze az sama sie zdziwilam (bez przygotowania i po nieprzespanej nocy, gdy Maly Czlowiek obudzil mnie juz o 4.00). Proby literackie jednak to nie to samo, co opisanie sytuacji treningowej z psem tudziez swojego dnia z malym dzieckiem. Proby literackie to cos wiecej niz tylko codziennosci slowo. Po szwedzku pisac umiem, nawet naukowe teksty, ale poezje? Proze poetycka? Panie, nie pytaj nawet. Nikt tego nie chce czytac, nigdy moje blogi szwedzkie nie zdobyly popularnosci, wiec dochodze do wniosku, ze jednak pisac nie umiem na tyle, aby to sie fajnie czytalo.
A w polskim tekscie? W polskim tekscie beda powtorzenia, beda te same zwroty i metafory - bedzie to, co pamietam. Beda jednak niestety tez i bledy, ktorych kiedys nie popelnialam. Wiem, moja wina, ksiazek po polsku nie czytam...
Siadam, otwieram bloga, mysle chwile, slowo pierwsze napisze i... zamykam, bo nie wiem, czy ktos w ogole jeszcze to chce czytac, czy kogos w ogole to moje zycie niewielkie obchodzi, czy po prostu nie zaloguje sie tu pewnego dnia i przeczytam: "A wez sie juz babo zamknij, wielka emigrantka, 11 lat i jezyka nie pamieta".
11 lat... To wiecej niz 33% mojego calego zycia.
Teksty czytam w Wysokich Obcasach czasami. Listy emigrantek. Niedawno pojawil sie list dziewczyny z Danii, ktora ubolewala, ze jest przez spoleczenstwo odrzucona i ze Dunczycy to taki wredny narod, bo sie swataja ze swoimi, a na Polke patrzec nie chca, tylko kaza jej na zajeciach jezyka uczyc sie o sprzataczkach i kelnerkach. Zebralam sie i skomentowalam, ze i owszem, mozna miec takie uczucie i po czesci jest to prawda, ale jesli sie czlowiek zaprze i cos postanowi, to i w Danii, i w Szwecji kims moze byc. Spojrzmy chocby na moj wlasny przyklad: jest dobry maz (ktory Malym Czlowiekiem sie na dniach tygodnia opiekuje juz od czerwca i do czerwca jeszcze w domu bedzie, powiedzcie mi, ilu w Polsce by sie na cos takiego zgodzilo? Albo nawet Polakow w Szwecji, jesli juz system w to mieszac mamy?), jest cudowne malenstwo, jest pies, ktory daje mi radosc zycia i ktory sens zyciu mojemu nadal 6 lat temu. Jest mieszkanie w spokojnej dzielnicy, ladnej, zielonej i jest firma wlasna. "Jaka to firma, z psami chodzisz", ktos powie. Tak, ale ja to czlowieku UWIELBIAM! Jestem na swiezym powietrzu, ruszam sie, spedzam dni ze zwierzetami (a nie z ludzmi, ktorzy mnie denerwuja), sama jestem sobie szefem, doksztalcam sie, mam zajecia prywatne z wlascicielami/opiekunami innych psow, ktorzy chca sie czegos o wychowaniu i psychologii czworonoga dowiedziec, sama zajmuje sie ksiegowoscia, kontaktem z klientami, marketingiem - no doslownie WSZYSTKIM. W mojej pracy nigdy nie jest nudno!
Jednak nie o tym mialo byc, mialo byc o artykule w Obcasach. Otoz to, wiedzialam, ze jesli skomentuje, ze kazdy jest kowalem swego losu i ze wiele z tego, co pani autorka w liscie pisze to jej odczucia, a nastawienie ludzi do nas mozna zmienic poprzez nasze nastawienie do nas samych i do innych, ze jesli ten komentarz sie pojawi to za moment ktos mnie oswieci, ze racji nie mam, bo tutejsi i tak maja mnie za glupia, mimo ze ja tego nie odczuwam.
A ja sie nie zgodze.
I pamietam, jak do Szwecji przyjechalam 2006 i aktywna bylam na pewnym polskim portalu - gdy staruszkowie mieszkajacy juz tu parenascie lat mowili, ze zmieni mi sie to pozytywne nastawienie do swiata i do Szwedow jak tu troche dluzej pomieszkam, ze nie da sie nic powiedziec po roku, dwoch, trzech... Dzis juz jest ponad dziesiec lat i co? Jakos nie czuje sie przez Szwecje oszukana, nadal uwazam, ze warto bylo tu przyjechac, ze sie odnalazlam tutaj i ze mi sie tutaj podoba, nawet jesli liczba samobojstw w rzeczywistosci wyzsza jest niz media glosza, bo o niektorych rzeczach w tym kraju mowic sie publicznie nie powinno.
Taka jest Szwecja i ja ja taka akceptuje. A ona mnie.
wtorek, 8 marca 2016
Maly Ten Czlowiek
Gdyby tak wejsc w jej stan swiadomosci, wizyte zlozyc w jej glowie - coz by czlowiek zobaczyl? Fascynujace jest to, ze to obok mnie siedzi teraz najprawdziwszy Maly Czlowiek. z krwi i kosci czlowiek. Maly Ten Czlowiek ma duze, niebieskie oczy i cieply usmiech, mimo iz brakuje mu zebow. Maly Ten Czlowiek z dnia na dzien pojmuje juz coraz wiecej, choc swiat Malego Czlowieka ciagle jeszcze maly jest, nieduzy. Maly Ten Czlowiek lubi ksiazki czytac i spiewac tez lubi Maly Ten Czlowiek.
A gdy Maly Ten Czlowiek wspina sie na swojego duzego czlowieka to dusze wypelnia radosc, spokoj i wszystkie troski duzego czlowieka wydaja sie takie male, malusienkie, niewarte poswiecania energii ani czasu.
Lubie Malego Tego Czlowieka z dnia na dzien coraz bardziej.
A gdy Maly Ten Czlowiek wspina sie na swojego duzego czlowieka to dusze wypelnia radosc, spokoj i wszystkie troski duzego czlowieka wydaja sie takie male, malusienkie, niewarte poswiecania energii ani czasu.
Lubie Malego Tego Czlowieka z dnia na dzien coraz bardziej.
sobota, 7 lutego 2015
Dobrze mi z tym...
Gdzieś jest, lecz nie wiadomo, gdzie...
Życie do przodu pędzi, a ja staram się nadążyć. Chwilę mieć, aby się zatrzymać i zachłysnąć się świeżym powietrzem. Złapać moment w kadr, zadumać się nad intensywnością zrywania kartek kalendarza i dalej pędzić.
W pogoni za życiem. W pogoni z życiem.
Tuva już ma 3 miesiące, wita mnie z rana uśmiechem. Pies kończy lada dzień 5 lat, macha wesoło ogonem. Dla tego warto jest żyć, mimo losu przeciwności, mimo wiatru w twarz.
Żyjemy i planujemy.
W głowie obrazy kolorowe, trudne do ogarnięcia.
I dobrze mi z tym.
piątek, 12 grudnia 2014
Rocznica okrągła, piękna...
W grudniu rocznicę mamy. Okrągłą do tego. Dziesiątą.
Dokładnie 10 lat temu otworzyłam szalet miejski! I wiem, że teraz tu jesteśmy, że to już nie onet, nie te czasy... Ja zmieniona, lecz ta sama.
Wszystkiego najlepszego!
sobota, 22 listopada 2014
Rozmyślania poporodowe (wersja króciutka)
Bycie mamą nie jest wcale takie proste, ale jakoś do przodu. Nareszcie przeszły mi najgorsze bóle i zaczynam wracać do siebie. Wczoraj zaliczyłam nawet pierwszy spacer sam na sam ze zwierzakiem i dzieciakiem (i cięźkim wózkiem) i było mi przecudownie.
Nie wspominałam chyba, ale poród zakończył się cesarskim cięciem, wiec nie byłam zbyt żywa zaraz po i mimo, że dziś mija już 3 tygodnie, nadal biorę tabletki przeciwbólowe na noc... :-( Mam nadzieję, że to już niedługo przejdzie.
Waga nadal stoi w miejscu, magiczne chudnięcie wraz z porodem to w moim przypadku mit niestety, ważę okropnie dużo i jest mi z tego powodu smutno jak pomyślę o tym... Nie mam się w co ubrać, bo jeansy ciążowe włażą w ranę po cesarce, więc zostają mi tylko spodnie dresowe, a mam już ich stanowczo dość po tylu miesiącach... :-(
Dlaczego nastawiłam się ze wszystkich opowieści na zrzucenie ciążowych 13kg w parę zaledwie dni po porodzie? Nawet połowy z tego nie zeszłam, a potrzeba mi schudnąć drugie tyle niemalże (no nie 26, ale 21, żeby osiągnąć wagę idealną).
Straszne to...
Spojrzenie córeczki wynagradza, naprawdę. Teraz wyczekuję pierwszego, świadomego uśmiechu :-)
sobota, 15 listopada 2014
1/11-2014
Szybciochem tylko sie pochwale, ze coreczka urodzila sie 1/11, dokladnie w terminie, cala i zdrowa i dzis wlasnie ma 2 tygodnie. eM w tym czasie zdazyla zmienic cyferke w swoim wieku z 2 na 3 (wczoraj) i nagle poczula sie bardzo staro.
Napisze wiecej jak bede miec sile. Trzymajcie sie!
Napisze wiecej jak bede miec sile. Trzymajcie sie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

