środa, 7 maja 2014

15+0

Do przodu, kochani, do przodu. Dzis witamy tydzien 16. Chociaz momentami bylo nieciekawie. Jak w Wielki Piatek na przyklad... Albo 1.maja... W sobote nie wytrzymalam i zakupilam detektor tetna plodu. Wieczor mial byc niezapomniany - ja, Pan Maz i Nasze Nienarodzone. Oczywiscie zadnego tetna to holenderskie gowienko nie wyczulo... W poniedzialek probowalam sama. Nadal nic. Zlapal mnie wtedy dol niesamowity. Ale nic, podnioslam sie z tego wszystkiego, a wczoraj stwierdzilam, ze sie nie poddaje i ze tetno odslucham, tyle ze juz ostatni raz na jakis czas, bo podobno nie jest to takie najzdrowsze dla Dzieciecia Ukrytego. Juz sie mialam poddac, gdy w koncu z lewej (gdzie ja w ogole pewna bylam, ze macica juz dawno sie skonczyla, a tam jajnik jest) wpadlam na lomocace serduszko.

Pamietam jak w dziecinstwie spedzalismy wakacje u dziadka. Dziadek mial troche zwierzatek, dlatego lubilismy tam przebywac. Byly tam miedzy innymi kroliczki. I te kroliczki takie troszke mniej oswojone, zwlaszcza jak male byly jeszcze i dopiero przyzwyczajalismy je do ludzkich rak - tym przestraszonym, malym kroliczkom tak lomotaly serduszka, jak Naszemu Nienarodzonemu wczoraj. Tyle, ze w przypadku tetna plodu to normalne i tylko cieszyc sie mozna, ze serducho wydaje sie byc zupelnie zdrowe :-)

Dzis juz uspokojona moglam usmiechac sie sama do siebie mimo wichury, chmur i tych marnych 5 stopni na plusie.

A swoja droga... niedawno 22 mielismy...

Rozmawialam w poniedzialek z moja polozna, uspokoila mnie w sprawie skurczy brzucha, doszlysmy obie do wniosku, ze to jelita, a nie macica, wiec jestem teraz na diecie, a przynajmniej staram sie. Czy ja juz mowilam, ze nienawidze siemienia lnianego?

wtorek, 15 kwietnia 2014

Historie i zdjecia prezentuje (zeby nie bylo) ;-)

W styczniu trafilam do lekarza z powodu pewnego "kobiecego" problemu, ktory okazal sie wystapic u mnie z powodu stresow zwiazanych z egzaminacja koncowa (ukonczylam roczne studium canine coach, czyli instruktora psiej tresury). Tak sobie rozmawialismy i rozmawialismy i zeszlismy na temat zajscia w ciaze, a raczej naszych z tym trudnosci. Zeszlismy na temat regularnosci, a raczej nieregularnosci cyklicznej - i wyszlam z gabinetu z recepta na lek zwany Provera, ktory swoim syntetycznym progesteronem mialby posluzyc uregulowaniu mojego cyklu.

Mialam je brac 10 dni z rzedu, a potem czekac na "te dni", potem odliczac 20 dni i znowu 10 dni kuracji. Po pierwszych dziesieciu tabletkach wyczytalam we wszystkich mozliwych zrodlach internetowych, ze krwawienie wystepuje 1-4 dni po ostatniej tabletce. Dzien czwarty, wyglada na to, ze jestem "przepisowa".

Tak... tyle ze przepisowo nie trwa ono 5-6 godzin i potem zanika...

Dwa dni odczekalam, ale jako ze juz wczesniej czytalam niejednokrotnie, ze krwawienie w ciazy moze wystepowac, siegnelam po pierwszy test. To bylo dokladnie 20. lutego. Cyfrowy test Clearblue z wyznacznikiem tygodni pokazal po raz pierwszy w zyciu "gravid" ("w ciazy").
Jeszcze pare testow innego rodzaju zrobilam, zeby sie upewnic. Dwa dni pozniej nie bylo watpliwosci:

Moja radosc nie trwala jednak zbyt dlugo, gdyz pare dni pozniej pojawilo sie brunatne plamienie. Przestraszylo mnie, nie dalo mi spac po nocach ani cieszyc sie w pelni urlopem lutowo-marcowym. Pierwsze spotkanie z polozna: 5 marca. Polozna mowi, ze trzeba naturalnie, ze trzeba wyluzowac, ze bedzie dobrze, jesli dobrze ma byc. Fajne podejscie, prawda? Niemniej jednak dostalam skierowanie na wczesne USG jeszcze w marcu. Glupia jednak bedac zabukowalam juz tydzien wczesniej prywatnie. I co? Prywatnie okazalo sie, ze oprocz pecherzyka nic nie widac, a lekarz jeszcze okazal sie byc tak nieczuly, ze stwierdzil, ze w ciazy bylam, ale czy jestem, to on nie wie... Zero pozytywnosci!
Tydzien pozniej na tym USG od poloznej pewna bylam, ze to pusty pecherz plodowy, ze cialo mnie oszukuje - czulam sie po prostu strasznie. Caly tydzien byl okropny.
Jakiez bylo moje zdziwienie i jaka radosc, gdy okazalo sie, ze pecherz w tygodniu siodmym wyglada tak:
a serduszko bije dokladnie jak powinno.

Mimo wszystko nie czulam sie jeszcze tak do konca przekonana o mojej ciazy, zwlaszcza gdy objawy zaczely zanikac w ostatnich dniach (okazuje sie, ze normalne, ale powiedzcie mi, co wedlug szwedzkiej sluzby zdrowia nie jest normalne w ciazy?). Dostalam skierowanie na kolejne USG, zeby uspokoic nerwy i dzis oboje z Panem Mezem ogladalismy nieco leniwe, ale zupelnie przypominajace czlowieka dziecie nasze:

To teraz historie i zdjecia prezentuje, zeby nie bylo ;-)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jeszcze tylko pare dni...

Siedze jak na gwozdziach i juz bym chciala, juz. Na przedwczoraj, na dzis, na jutro... Nie chce, nie moge czekac do przyszlego tygodnia! Sprawe zdaje sobie jednak z tego, ze to juz tylko pare dni, pare dni, w trakcie ktorych wiele sie dzieje, a bede mogla uchylic rabka tajemnicy, podzielic sie usmiechem. Pomachac Wam nadzieja.

Brakuje mi odwagi.
I wiary w siebie mi brakuje.

Jeszcze tylko pare dni...

środa, 19 marca 2014

Z rocznym opoznieniem...

Z rocznym opoznieniem. Pozytywnie. Z odrobina niepewnosci. Z nadzieja na przyszlosc.
Czuje, ze bede tu czesciej. Juz niedlugo...

wtorek, 30 kwietnia 2013

Bo jest...

Częściej miało być, a nie ma...

Bo jest agility.
I jest obedience.
I rally o'.
I dogwalking.
I praktyki na kursie posłuszeństwa "codziennego".
I słońce.
I tona książek.
I referaty do napisania.
I księgowość.
I deklaracja podatkowa.
I spotkania z potencjalnymi klientami.
I mąż też jest (jeszcze ;-)).

Mówię Wam, problemów z zasypianiem to ja nie mam ;-)

sobota, 6 kwietnia 2013

Telefoniczny blogger

Zainstalowałam bloggera w telefonie i być może będę mogła pojawiać się tu częściej :-) Bo nie jest to tak, że jestem cały czas tak zajęta, że nie mogę się odezwać - często po prostu jak już mam chwilkę, to po prostu nie mam siły na pisanie tak całkiem prywatne. Skrobnę coś na moim szwedzkim, psim blogu (dość często nawet), a tutaj jak cisza tak cisza.

Co z wiosną, pytacie? Jest zdecydowanie lepsza niż w Polsce, bo przez ostatnie dwa-trzy tygodnie mieliśmy przepiękne słońce. Trawniki już od dawna widoczne, ptaki śpiewają i wiją gniazda, przebiśniegi i krokusy to widok codzienny. Mróz nocami niestety nie pozwala jeszcze na nazwanie tego wszystkiego wiosną, ale oglądając zdjęcia z Polski mogę zdecydowanie powiedzieć, że jednak u nas jest.
Podobno jednak i nas opady śniegu nie ominą - u teściowej ma spaść 10-20cm w najbliższych dniach, u nas marznąca mżawka na przemian ze śniegiem.
Lodowisko będzie wszędzie, nie ma co...

W połowie marca ubiegłego roku podobno było prawie 20 stopni na plusie. Mówię "podobno", bo szczerze mówiąc nie pamiętam!

Czworonożny biznes kręci się ładnie, trochę piesków się niestety rozchorowało, więc trzeba było odliczyć część przychodu, ale na szczęście nie aż tyle, żeby się to jakoś specjalnie odbiło na moim życiu - może za wyjątkiem tego, że grafik się trochę poprzestawiał i było mniej do roboty.
To jednak pozytywnie...

Żegnam się w ten weekend z moją starą pracą. Jako pomoc osoby niepełnosprawnej zaczęłam w listopadzie 2008, najpierw jako zastępstwo dla dziewczyny na macierzyńskim, a potem jakoś już zostałam... Przypadłyśmy sobie do gustu, ja i moja "pracodawczyni".
Za dużo jednak miałam na głowie wraz z założeniem firmy, więc zmieniłam umowę ze stałej na pracę dodatkową ok 1 weekendu w miesiącu. Teraz jednak po rozpoczęciu szkoły trenerskiej nie mam możliwości pojawiać się w tej pracy częściej niż raz na ruski rok, więc doszłyśmy do wniosku, że lepiej będzie, gdy zwolnię miejsce pracy komuś, kto tego bardziej potrzebuje.
I tym sposobem siedzę w metrze w drodze na weekend pożegnań.

Najbardziej chyba tęsknić będę za kotem... Pan Mąż niestety ma alergię, więc w naszym domu kota nigdy nie będzie :-( A ja lubię koty - i nawet rozumiem ich mowę, mimo że sama nigdy kota nie miałam, a i wiedzy teoretycznej specjalnie nie posiadam.

Miłego weekendu!

sobota, 16 lutego 2013

Pierwsza "jaskolka"...

W naszym bloku mieszka ktos, kto zajmuje sie uprawianiem (calkiem legalnych) roslinek na wieksza skale. W oknie lampa UV, ktora zyje swoim zyciem - juz przed szosta rano oswietla i ogrzewa nie tylko to, co zielone, ale i polowe podworka.
Dzis postanowilam rzucic tam okiem i oto jaki widok mnie zastal pod samiutkim Ktosia oknem:


Jednoczesnie informuje, ze 20cm dalej lezy 10cm sniegu. Poziom zmienial sie i osiagnal maksimum jakos w polowie grudnia, potem spadl do zera, pozniej znow podrozl do okolo 20cm. Sukcesywnie maleje, jednakze jeszcze nie mozna wiosny oczekiwac w najblizszych dniach.

Jednak patrzac na powyzsze zdjecie nadzieje zdecydowanie mam!