1. Leje.
2. Sztokholmski "zaklad" komunikacji miejskiej ma w swoim regulaminie paragraf, wedlug ktorego jedna osoba moze zabrac ze soba tylko dwa psy, ktorych rozmiar uniemozliwia ich transport w klatce lub torebce.
3. Pan Maz pracuje dzis od 9.00 (wlasnie wyjechal) do 20.10.
4. W srody (tak samo jak w poniedzialki i wtorki) mam w domu trzy psy, ktorych rozmiar definitywnie nie pozwala nam na zadne klatki czy torby transportowe w tramwaju.
5. W zwiazku z faktem, ze Pan Maz pracuje jak pracuje nie mam zadnej pomocy drugiego dwunoznego, w zwiazku z czym jestem zbanowana przez komunikacje miejska i dodatkowe 3km miedzy klientami musze pokonac wlasna dwojka.
6. Nie czuje sie zbyt dobrze. "Paluszek i glowka to szkolna wymowka", niemniej jednak w mojej sytuacji chodzi tym razem o brzuch, ktory wariuje juz ktorys dzien z rzedu. Oczywiscie wszystko na podlozu stresowym, a wszystkie powyzsze punkty razem wziete wcale nie pomagaja mi sie w dniu dzisiejszym zrelaksowac.
7. Na trening agility dzis wieczorem nie bede miec z cala pewnoscia ani sily, ani ochoty.
No, pewnie tych negatywnych punktow dzis jeszcze wiecej moglabym wypisac, ale sie wstrzymam. Wystarczy. Az nadto.
A na weekend zaplanowano tyle rzeczy, ze nie mam pojecia, jak z tym wszystkim wyrobie zarowno psychicznie jak i fizycznie. No i czasowo takze! Musze zdazyc odwiedzic 2 pensjonaty/hotele dla psow polozone przy lotnisku Arlanda (ok. 30km stad), pensjonaty do ktorych niezbyt mozna sie dostac transportem miejskim. Niezbedny samochod.
8. Samochod stoi we wsi 300km od stolicy i mamy go w weekend ten zdazyc odebrac.
9. W sobote zabukowana jestem w pracy 12-18.
10. Jako, ze nie mam zbyt wielkiego doswiadczenia jako kierowca, a juz na pewno nie w wielkim miescie, ktore w dodatku czwarte miejsce zajmuje w rankingu najmniej kulturalnych pod wzgledem jazdy kierowcow miast Europy (jakbyscie sie zastanawiali: Warszawa ma numer 1), musze wrocic z samochodem najpozniej na godzine 11.00 w niedziele, kiedy to zaczyna sie ruch innych. Przed godzina 11.00 jest spokoj na drogach, a w okolicach 11.00 zwalniaja sie na osiedlu miejsca parkingowe, gdzie mam zamiar sie wepchac.
W zwiazku z tym czeka nas pociag "ku gorze mapy" 18.30-21.30 w sobote, a wyjazd samochodem "ku dole mapy" w niedziele w okolicach 6.00...
Widzicie? Znalazlam jeszcze wiecej punktow ;-)
środa, 26 września 2012
sobota, 22 września 2012
Wreszcie upragniony odpoczynek...
Nareszcie sobota, przy ktorej nie mam totalnie zadnych planow. Za oknem wszystkie odcienie szarosci i od czasu do czasu troche pokropi, wiec to dokladnie taki dzien, jakiego od dawna potrzebowalam.
Cos jest nie tak. Nie wiem tylko dokladnie, co. I nie, nie szukam dziury w calym. Po prostu od paru dni nie jestem w najlepszej formie i baterie az wrzeszcza o doladowanie. Wiec je laduje. Wlasnie dzis.
Czworonog tez chetnie pewnie pobedzie sobie psem. Takim zupelnie zwyklym psem. Psem do towarzystwa. Psem, z ktorym wlasciciel sie bawi. Psem, ktory moze sobie powachac gdzie chce i nigdzie nie musi sie spieszyc.
Bo codzienna praca z innymi psami nie tylko dla mnie jest stresujaca, ale przede wszystkim dla mojego sznaucera.
Cos jest nie tak. Nie wiem tylko dokladnie, co. I nie, nie szukam dziury w calym. Po prostu od paru dni nie jestem w najlepszej formie i baterie az wrzeszcza o doladowanie. Wiec je laduje. Wlasnie dzis.
Czworonog tez chetnie pewnie pobedzie sobie psem. Takim zupelnie zwyklym psem. Psem do towarzystwa. Psem, z ktorym wlasciciel sie bawi. Psem, ktory moze sobie powachac gdzie chce i nigdzie nie musi sie spieszyc.
Bo codzienna praca z innymi psami nie tylko dla mnie jest stresujaca, ale przede wszystkim dla mojego sznaucera.
piątek, 14 września 2012
Deszczowo-problemowo
Dzisiejszy dzien niby innym podobny, a jednak jakze inny.
Ze wzgledu na to, ze wlasciciele dwoch czworonogow zglosili, ze nie potrzebuja mojej pomocy w dniu wczorajszym i moglam wtedy sobie pospac do 9.00, ciezko bylo dzis otworzyc oczy o 6.00 (trzy godziny snu to przeciez dla niektorych pol nocy jest!).
Do tego jeszcze te prognozy pogody... Ten tydzien zdecydowanie mnie rozpiescil w kwestii temperatury i godzin slonecznych. A tu dzis ma lac - od chwili, kiedy wychodzimy z domu do chwili, kiedy do niego wrocimy, a moze nawet jeszcze dluzej. I ten sam problem, ktory przychodzi do mnie z kazdym takim dniem: co na siebie wlozyc? Mam gumowce - ale niestety wedrowka 15km w gumowcach to nie tylko suche stopy, ale i odciski we wszystkich mozliwych miejscach i bolace w stawach kolana... Mam trapery do gorskich wedrowek, ale one totalnie nie nadaja sie do chodnikow przedmiejskich - ich budowa daje super stabilizacje stopy na nierownych terenach (do tego jeszcze dosc podmoklych), ale zdecydowanei za twarda jest na asfalt i beton... Mam tzw. walking shoes, ale one niestety przemokna po polgodzinnej ulewie (jak nie wczesniej), a jak juz przemokna, to nie wyschna przez 3-4 dni!
O adidasach, trampkach i sandalach to nawet nie ma co wspominac ;-)
Ostatnio pogode taka mielismy dokladnie w piatek dwa tygodnie temu. Musialam wtedy z mlodym moim zachrzaniac z predkoscia swiatla do domu, bo zaparl sie i po 3 godzinach dalej isc nie chcial, a tu grafik napiety i pracowac trzeba, bo pieski same sie nie wyprowadza! Dzis co prawda Pan Maz ma wolne, ale za zadanie ma posprzatac, zrobic zakupy, potrenowac kregle przed niedzielnym meczem i ugotowac obiad - zdecydowanie za duzo zajec, zeby go prosic jeszcze o pomoc z psem, bo dzien ma ograniczona ilosc godzin, a wszystkie te czynnosci niezbedne, bo wieczorem przyjezdza mama Pana Meza i nie moze spac w tonach siersci naszego przedpoludniowego goscia.
Fakt, ze to piatek dzisiaj i ze wolny weekend czeka niedlugo trzyma mnie przy zyciu ;-)
Ze wzgledu na to, ze wlasciciele dwoch czworonogow zglosili, ze nie potrzebuja mojej pomocy w dniu wczorajszym i moglam wtedy sobie pospac do 9.00, ciezko bylo dzis otworzyc oczy o 6.00 (trzy godziny snu to przeciez dla niektorych pol nocy jest!).
Do tego jeszcze te prognozy pogody... Ten tydzien zdecydowanie mnie rozpiescil w kwestii temperatury i godzin slonecznych. A tu dzis ma lac - od chwili, kiedy wychodzimy z domu do chwili, kiedy do niego wrocimy, a moze nawet jeszcze dluzej. I ten sam problem, ktory przychodzi do mnie z kazdym takim dniem: co na siebie wlozyc? Mam gumowce - ale niestety wedrowka 15km w gumowcach to nie tylko suche stopy, ale i odciski we wszystkich mozliwych miejscach i bolace w stawach kolana... Mam trapery do gorskich wedrowek, ale one totalnie nie nadaja sie do chodnikow przedmiejskich - ich budowa daje super stabilizacje stopy na nierownych terenach (do tego jeszcze dosc podmoklych), ale zdecydowanei za twarda jest na asfalt i beton... Mam tzw. walking shoes, ale one niestety przemokna po polgodzinnej ulewie (jak nie wczesniej), a jak juz przemokna, to nie wyschna przez 3-4 dni!
O adidasach, trampkach i sandalach to nawet nie ma co wspominac ;-)
Ostatnio pogode taka mielismy dokladnie w piatek dwa tygodnie temu. Musialam wtedy z mlodym moim zachrzaniac z predkoscia swiatla do domu, bo zaparl sie i po 3 godzinach dalej isc nie chcial, a tu grafik napiety i pracowac trzeba, bo pieski same sie nie wyprowadza! Dzis co prawda Pan Maz ma wolne, ale za zadanie ma posprzatac, zrobic zakupy, potrenowac kregle przed niedzielnym meczem i ugotowac obiad - zdecydowanie za duzo zajec, zeby go prosic jeszcze o pomoc z psem, bo dzien ma ograniczona ilosc godzin, a wszystkie te czynnosci niezbedne, bo wieczorem przyjezdza mama Pana Meza i nie moze spac w tonach siersci naszego przedpoludniowego goscia.
Fakt, ze to piatek dzisiaj i ze wolny weekend czeka niedlugo trzyma mnie przy zyciu ;-)
czwartek, 13 września 2012
wtorek, 11 września 2012
Codziennosc
Codziennosc, codziennosc...
U mnie nic chyba nie jest juz codzienne.
Do codziennosci nalezy niekonczace sie szkolenie psa (bo takie szkolenie czworonoga to praca cale pieska zycie, to nie konczy sie po roku, dwoch czy pieciu) i wlosy na sofie (nie, to nie sznaucer, to toller tak linieje). Do codziennosci naleza zakwasy we wszystkich miesniach i odciski na stopach. Do codziennosci naleza obslinione spodnie i kurtka przesiaknieta zapachem mokrej sierci. Do codziennosci naleza tluste od psich smakolykow plamy na kieszeniach i woreczki "na kupy" w kazdym zakamarku.
I zamykajace sie oczy o godzinie dziewietnastej. I prognoza pogody sprawdzana wiele razy na dzien.
Makijaz? Stroj wyjsciowy?
A CO TO?
U mnie nic chyba nie jest juz codzienne.
Do codziennosci nalezy niekonczace sie szkolenie psa (bo takie szkolenie czworonoga to praca cale pieska zycie, to nie konczy sie po roku, dwoch czy pieciu) i wlosy na sofie (nie, to nie sznaucer, to toller tak linieje). Do codziennosci naleza zakwasy we wszystkich miesniach i odciski na stopach. Do codziennosci naleza obslinione spodnie i kurtka przesiaknieta zapachem mokrej sierci. Do codziennosci naleza tluste od psich smakolykow plamy na kieszeniach i woreczki "na kupy" w kazdym zakamarku.
I zamykajace sie oczy o godzinie dziewietnastej. I prognoza pogody sprawdzana wiele razy na dzien.
Makijaz? Stroj wyjsciowy?
A CO TO?
wtorek, 28 sierpnia 2012
Pobzduruje sobie eM...
eM-igrantka miala na dzis zabukowane spotkanie z potencjalnym klientem - po godzinach. Oczywiscie spotkanie odwolala w ostatniej minucie niemalze... Niefajny taki doggy walker, prawda?
Tylko ze ja padnieta calkiem jestem, jeszcze w niedziele przemoczona na sznaucerowym grillu, niedospana wiecznie i... no tak, chorobe mi wmowiono. Jako jednak ze nie wiem, czy to tylko symptomy psychosomatyczne sa, czy tez prawdziwe; na zimne dmuchac wole w tej sytuacji i zamiast po calym dniu spacerowania mieszanego z joggingiem na rower siadac i do potencjalnych klientow na kolejne spacery uderzac (full-booked jestem wlasciwie... to tez) polozylam sie pod kocykiem z kubkiem goracej herbaty z miodem (cytryny niestety brak) i staram sie odpoczac.
Bo jesli rozchoruje sie na calego, to nie dosc, ze nic nie zarabiam, to jeszcze problemy z tego powodu bedzie miec 13 rodzin... A to juz mniej fajne jest, prawda?
Tak wiec Pana Meza pozegnalam (na kregle pojechal), komputer wlaczylam i... no tak, jako ze na kursie z etologii nie rozpoczelo sie jeszcze nic, to bloga otworzylam i stwierdzilam, ze pobzduruje, a macie.
Tylko ze ja padnieta calkiem jestem, jeszcze w niedziele przemoczona na sznaucerowym grillu, niedospana wiecznie i... no tak, chorobe mi wmowiono. Jako jednak ze nie wiem, czy to tylko symptomy psychosomatyczne sa, czy tez prawdziwe; na zimne dmuchac wole w tej sytuacji i zamiast po calym dniu spacerowania mieszanego z joggingiem na rower siadac i do potencjalnych klientow na kolejne spacery uderzac (full-booked jestem wlasciwie... to tez) polozylam sie pod kocykiem z kubkiem goracej herbaty z miodem (cytryny niestety brak) i staram sie odpoczac.
Bo jesli rozchoruje sie na calego, to nie dosc, ze nic nie zarabiam, to jeszcze problemy z tego powodu bedzie miec 13 rodzin... A to juz mniej fajne jest, prawda?
Tak wiec Pana Meza pozegnalam (na kregle pojechal), komputer wlaczylam i... no tak, jako ze na kursie z etologii nie rozpoczelo sie jeszcze nic, to bloga otworzylam i stwierdzilam, ze pobzduruje, a macie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
