Niewiele ponad tydzien dopiero ta zima trwa, a ja do osob kochajacych zime naleze, ale szczerze mowiac, to juz sie zmeczylam.
Zasypani.
Sypie nadal.
Odsniezanie. Tym ostatnio zyje. I przedzieraniem sie przez zaspy. Codziennie klne, ze nie mam sanek, to naprawde wykorzystalabym pomysl zrobienia psiego zaprzegu - bo tym wygodniej by sie czlowiek poruszal w tej zimowej krainie niz samochodem.
Wiem. Narzekam.
Sama samochod chcialam, prawda? To teraz mam, a wraz z tym slizgawki, zawieje, zamiecie - w ubiegla srode cztery razy stalam w zaspach w ciagu mojego dnia pracy. Wlasna dwojka jednak niewiele pomoze, bo przy takiej pogodzie tempo spaceru nie przekracza chyba 3km/h. Opoznienia bylyby jeszcze bardziej odczuwalne niz obecnie.
Wiec mam za to odsniezanie pare razy dziennie, skoki adrenaliny przy wjazdach pod gorke (dojedzie? nie dojedzie? dojedzie? stanie?) i walki o miejsca parkingowe, te odsniezone.
Chcialam zime, to mam. A co!
Tylko ja sobie zyczylam takiej mroznej i slonecznej. Snieg - owszem, ale tak maksymalnie ze 30cm, a nie metr (no dobra, przesadzam, metru nie mamy, ogolnie jest z pol metra, w niektorych miejscach tylko, gdzie plugi zlozyly snieg, ktorego nikt nie chcial, sa zaaspy o wysokosci 2.5-3m). A jeszcze jak mi w pogodzie mowia, ze temperatura ma byc w okolicach zera (pluchowo - ciezko chodzic, w nocy i nad ranem lodowisko), wietrzysko ma wiac z predkoscia 6-10m/s, a snieg sypac codziennie, to w ogole odechciewa mi sie wszystkiego i w sen zimowy chcialabym zapasc.
Z drugiej jednak strony... Kiedy czlowiek bedzie zadowolony? Zycie ucieknie sprzed nosa. Potrzeba troche wiecej radosci, a troche mniej narzekania.
Stad ponizsze zdjecia.
Ma sie swoje momenty ;-)
wtorek, 11 grudnia 2012
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Zima
Zrobilo sie bialo i pieknie. Prawdziwie zimowo i jakos nie mam nic przeciwko wszystkim wokol swiatecznym dekoracjom - wszakze juz grudzien do nas zawital.
Kolejny poniedzialek. Kolejny tydzien pracy. Odliczac juz mozna do nastepnego dluzszego wolnego. Dwa tygodnie w okolicach Swiat sie szykuja, odpoczne =) Zawitam chwilowo do Polski, bo dawno nie bylam.
Najpierw bedzie trzeba jednak przeczolgac sie przez zaspy. Twarz wysmarowac jakims paskudnym, tlustym kremem, bo przebywanie szesc godzin na powietrzu o temperaturze -17 stopni swoje skorze robi. Nie narzekam jednak, bo uwielbiam, kiedy jest wlasnie tak: bardzo mrozno, bardzo bialo i... slonecznie! Bo tak to juz pora zimowa jest, chcesz slonce, musisz zaakceptowac mroz. Zreszta mroz fajny jest. Psy suche. Buty suche. Wszelkiego rodzaju bakterie i wirusy ukryte gdzies siedza, bo nie lubia takiej pogody (z czego ciesze sie najbardziej!!). Powietrze swieze, czyste, czasami powoduje kaszel, ale to kwestia odpowiedniego oddychania. Ubranie obowiazkowo "na cebulke", zadna zima mi nie straszna :-D
Bo jak mozna nie lubic czegos tak pieknego, jak na zdjeciu powyzej?!
Kolejny poniedzialek. Kolejny tydzien pracy. Odliczac juz mozna do nastepnego dluzszego wolnego. Dwa tygodnie w okolicach Swiat sie szykuja, odpoczne =) Zawitam chwilowo do Polski, bo dawno nie bylam.
Najpierw bedzie trzeba jednak przeczolgac sie przez zaspy. Twarz wysmarowac jakims paskudnym, tlustym kremem, bo przebywanie szesc godzin na powietrzu o temperaturze -17 stopni swoje skorze robi. Nie narzekam jednak, bo uwielbiam, kiedy jest wlasnie tak: bardzo mrozno, bardzo bialo i... slonecznie! Bo tak to juz pora zimowa jest, chcesz slonce, musisz zaakceptowac mroz. Zreszta mroz fajny jest. Psy suche. Buty suche. Wszelkiego rodzaju bakterie i wirusy ukryte gdzies siedza, bo nie lubia takiej pogody (z czego ciesze sie najbardziej!!). Powietrze swieze, czyste, czasami powoduje kaszel, ale to kwestia odpowiedniego oddychania. Ubranie obowiazkowo "na cebulke", zadna zima mi nie straszna :-D
Bo jak mozna nie lubic czegos tak pieknego, jak na zdjeciu powyzej?!
wtorek, 27 listopada 2012
Wtorkowy poranek
Wybralam sie dzis z samego rana na stacje benzynowa z czworonogiem. I tak sobie patrze - tu jakis pan w spodniach poplamionych farba pije kawe, tu jakis ziewa, a tam jeszcze jeden tankuje samochod firmowy. Jeden ze sprzedawcow w kamizelce z mnostwem odblaskowych swiatel (swoja droga, taka sama mam i tez mialam ja na sobie w tej samej chwili) wyszedl na parking wypozyczalni, postal tam chwile. Sprawdzal pewnie, czy wszystko w porzadku.
Wtorkowy poranek. Taki... normalny. Prawdziwie listopadowy. Paskudny, a zarazem przepiekny.
Wtorkowy poranek. Taki... normalny. Prawdziwie listopadowy. Paskudny, a zarazem przepiekny.
czwartek, 8 listopada 2012
Bologna by night i jeszcze troszke ;-)
Jest samochod i jest spokojniejsza eM, ktora w pracy w ogole sie nie stresuje, co daje przyjemniejsze spacery nie tylko jej ale i wszystkim czworonogom.
Na razie pisze maile do ludzi, ktorzy kiedys dogwalkingiem u mnie zainteresowanymi byli, bo nagle zrobily mi sie wolne miejsca w grafiku =) A wieczorem po powrocie do domu jeszcze mam sily na gotowanie, sprzatanie i... jeszcze pare innych spraw tez - nauke na przyklad ;-)
Bo jesli o ta ostatnia chodzi, to nie tak, ze wraz z zalozeniem dzialalnosci gospodarczej porzucilam doksztalcanie - wrecz przeciwnie! Obecnie robie semestr na dwoch roznych kierunkach - jedno to etologia (wstep; sporo juz przerabialam, gdy studiowalam behawiorystyke psia, ale powtorek w tym temacie nigdy nie jest za wiele), a drugie to zwierzeta w medycynie i pracy socjalnej.
1 marca przyszlego roku za to zaczynam przygode zycia (jakby przeprowadzka za granice czy tez zakladanie wlasnego biznesu tym nie byly :-P) - roczny kurs na psiego trenera. Nietrudno moze zgadnac, jakie plany na rozwoj firmy sa na najblizsze lata, prawda? ;-)
poniedziałek, 5 listopada 2012
"Wakacyjnie"
Mam wrażenie, że już całkiem wiejska dziołcha ze mnie.
Na mini-urlop się wybraliśmy. Ja i Pan Mąż. Teściowa dobra na ochotnika do opieki nad Brodaczem. Miało być troszkę inaczej, ale koniec końców wylecieliśmy - kierunek Italia, dość północna.
Bolonia.
Miasto nie ogromne, ale do najmniejszych nie należy. Trafiliśmy akurat na dzień świąteczny, co oznacza centrum zamknięte dla ruchu samochodowego - bardzo dobry pomysł, muszę przyznać :-)
W jakim szoku jednak byłam, gdy w piątek ruch powrócił i nagle Bolonia prezentuje bałagan jak na "ruskim targu". Piesi wyłażą na ulice, jak tylko im się podoba, samochody parkują na kierowców widzi-mi-się, klaksony na prawo i lewo głośniejsze od szwedzkich ambulansów na sygnale... Przejść na drugą stronę jezdni to nielada wyczyn, nawet na przejściach dla pieszych z sygnalizacją świetlną!
Jako że nasz hotel leżał trochę na uboczu, trzeba było czymś się do centrum dostać. Pierwszy raz szliśmy własną dwójką, ale szybko doszliśmy do wniosku, że lepiej siły oszczędzić na inne atrakcje i rozpoczęliśmy przygodę z komunikacją miejską.
Zaczęło się mile, nie powiem. Nie mieliśmy drobnych na bilety, które można kupić m.in. w automacie-skrzyneczce już na "pokładzie" autobusu, a u kierowcy biletu kupić nie można było. Już mieliśmy wysiadać, gdy kierowca podniósł się z siedzenia i zwrócił z pytaniem o drobne do pasażerów. Zaraz znalazły się dwie pomocne panie, które chociaż nie mówiły po angielsku, wysiliły się nie tylko na wymianę banknotu 5€ na monety, ale także na pokazanie, jak automat na bilety działa :-)
Tak sobie myślałam, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Szwecji, zostałaby rozwiązana w jeden z następujących sposobów:
1. Kierowca machnąłby ręką i kazał rozmienić kasę gdzie indziej i wziąć następny autobus.
lub:
2. Kierowca wstał i zapytał ludzi w autobusie, czy ktoś ma rozmienić pieniądze. Wszyscy pasażerowie popatrzyliby w okno lub w podłogę. W efekcie kierowca zachowałby się jak w punkcie 1.
Wracając jednak do komunikacji miejskiej - autobusy mają różne trasy w zależności od tego, czy to dzień roboczy, czy sobota lub świąteczny i można się w tym wszystkim nieźle zakręcić, zwłaszcza, że oprócz linii głównych (jak np. nasza 20) są jeszcze sublinie (np. 20A), a ich trasy troszkę się od siebie różnią.
Podołaliśmy jednak i nawet teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to aż tak skomplikowane.
Ogólnie taka Bolonia mogłaby mieścić się w Polsce. Nie potrafię w tym momencie zagłębić się w szczegóły, ale nawet Pan Mąż stwierdził, że jest tak podobnie, że aż chciał polskiego na ulicy używać (parę osób z pewnością zrozumiałoby dość sporo, ale to tylko parę - wbrew pozorom nie spotkaliśmy na ulicach aż tylu rodaków eM, jak w szwedzkiej stolicy.
Może lepiej się kamuflują wyglądem i zdolnościami lingwistycznymi?
Ostatniego dnia naszego mini-urlopu wpakowaliśmy się na wzgórze, gdzie leży sanktuarium di San Luca. Prowadzi do niego dość ładny pasaż (trochę remontu by się mu przydało!), który jest jedynym przedstawicielem baroku w Bolonii, a jednocześnie jest najdłuższym pasażem w Europie, ze swoimi prawie 4km długości :-)
Pod górkę lekko nie było, ale zdecydowanie się opłacało. Czarna Madonna może nie powala, ale widok na Dolomity - zdecydowanie!! No i nareszcie można było odetchnąć świeżym powietrzem (jednocześnie podziwiając smog spalin unoszący się nad miastem, fuj!!), a i oko odpoczęło :-)
Jedzenie za to przepyszne, choć jeśli o pizzę chodzi, to zdecydowanie wolę szwedzką, na cieńszym i mniej solonym cieście ;-) Zapiekana w cieście ośmiornica nie przypadła Panu Mężowi do gustu, za to eM pożarła aż dwie porcje i to za jedyne 11€ (łącznie z pierwszym daniem i dość sporym kieliszkiem wina!).
Makarony cuda, sery cuda, szynka cudo!
Tylko kawa trochę za mocna... I te rogaliki takie maślane, tłuste - aż mnie w sobotę rozbolał brzuszek i całe popołudnie i wieczór spędziliśmy w hotelu... :-(
(tyle udalo mi sie napisac w samolocie w drodze powrotnej, moze cos jeszcze sensownego na dniach dopisze)
Na mini-urlop się wybraliśmy. Ja i Pan Mąż. Teściowa dobra na ochotnika do opieki nad Brodaczem. Miało być troszkę inaczej, ale koniec końców wylecieliśmy - kierunek Italia, dość północna.
Bolonia.
Miasto nie ogromne, ale do najmniejszych nie należy. Trafiliśmy akurat na dzień świąteczny, co oznacza centrum zamknięte dla ruchu samochodowego - bardzo dobry pomysł, muszę przyznać :-)
W jakim szoku jednak byłam, gdy w piątek ruch powrócił i nagle Bolonia prezentuje bałagan jak na "ruskim targu". Piesi wyłażą na ulice, jak tylko im się podoba, samochody parkują na kierowców widzi-mi-się, klaksony na prawo i lewo głośniejsze od szwedzkich ambulansów na sygnale... Przejść na drugą stronę jezdni to nielada wyczyn, nawet na przejściach dla pieszych z sygnalizacją świetlną!
Jako że nasz hotel leżał trochę na uboczu, trzeba było czymś się do centrum dostać. Pierwszy raz szliśmy własną dwójką, ale szybko doszliśmy do wniosku, że lepiej siły oszczędzić na inne atrakcje i rozpoczęliśmy przygodę z komunikacją miejską.
Zaczęło się mile, nie powiem. Nie mieliśmy drobnych na bilety, które można kupić m.in. w automacie-skrzyneczce już na "pokładzie" autobusu, a u kierowcy biletu kupić nie można było. Już mieliśmy wysiadać, gdy kierowca podniósł się z siedzenia i zwrócił z pytaniem o drobne do pasażerów. Zaraz znalazły się dwie pomocne panie, które chociaż nie mówiły po angielsku, wysiliły się nie tylko na wymianę banknotu 5€ na monety, ale także na pokazanie, jak automat na bilety działa :-)
Tak sobie myślałam, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Szwecji, zostałaby rozwiązana w jeden z następujących sposobów:
1. Kierowca machnąłby ręką i kazał rozmienić kasę gdzie indziej i wziąć następny autobus.
lub:
2. Kierowca wstał i zapytał ludzi w autobusie, czy ktoś ma rozmienić pieniądze. Wszyscy pasażerowie popatrzyliby w okno lub w podłogę. W efekcie kierowca zachowałby się jak w punkcie 1.
Wracając jednak do komunikacji miejskiej - autobusy mają różne trasy w zależności od tego, czy to dzień roboczy, czy sobota lub świąteczny i można się w tym wszystkim nieźle zakręcić, zwłaszcza, że oprócz linii głównych (jak np. nasza 20) są jeszcze sublinie (np. 20A), a ich trasy troszkę się od siebie różnią.
Podołaliśmy jednak i nawet teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to aż tak skomplikowane.
Ogólnie taka Bolonia mogłaby mieścić się w Polsce. Nie potrafię w tym momencie zagłębić się w szczegóły, ale nawet Pan Mąż stwierdził, że jest tak podobnie, że aż chciał polskiego na ulicy używać (parę osób z pewnością zrozumiałoby dość sporo, ale to tylko parę - wbrew pozorom nie spotkaliśmy na ulicach aż tylu rodaków eM, jak w szwedzkiej stolicy.
Może lepiej się kamuflują wyglądem i zdolnościami lingwistycznymi?
Ostatniego dnia naszego mini-urlopu wpakowaliśmy się na wzgórze, gdzie leży sanktuarium di San Luca. Prowadzi do niego dość ładny pasaż (trochę remontu by się mu przydało!), który jest jedynym przedstawicielem baroku w Bolonii, a jednocześnie jest najdłuższym pasażem w Europie, ze swoimi prawie 4km długości :-)
Pod górkę lekko nie było, ale zdecydowanie się opłacało. Czarna Madonna może nie powala, ale widok na Dolomity - zdecydowanie!! No i nareszcie można było odetchnąć świeżym powietrzem (jednocześnie podziwiając smog spalin unoszący się nad miastem, fuj!!), a i oko odpoczęło :-)
Jedzenie za to przepyszne, choć jeśli o pizzę chodzi, to zdecydowanie wolę szwedzką, na cieńszym i mniej solonym cieście ;-) Zapiekana w cieście ośmiornica nie przypadła Panu Mężowi do gustu, za to eM pożarła aż dwie porcje i to za jedyne 11€ (łącznie z pierwszym daniem i dość sporym kieliszkiem wina!).
Makarony cuda, sery cuda, szynka cudo!
Tylko kawa trochę za mocna... I te rogaliki takie maślane, tłuste - aż mnie w sobotę rozbolał brzuszek i całe popołudnie i wieczór spędziliśmy w hotelu... :-(
(tyle udalo mi sie napisac w samolocie w drodze powrotnej, moze cos jeszcze sensownego na dniach dopisze)
wtorek, 9 października 2012
Jesienna depresja
Przyznaje sie bez bicia - dorwala mnie jesienna depresja. Rozmawialam w miniony weekend z Panem Mezem, glosno zastanawiajac sie, dlaczego w ubieglym roku mnie nie dopadla (pewna bylam, ze to z powodu przebywania tyle godzin dziennie na swiezym powietrzu). Pan Maz, pytaniem na pytanie:
Pamietam jak zeszlej jesieni jeden z wlascicieli "moich" czworonogow napisal mi karteczke:
Mielismy dwa sloneczne dni. Piatek i sobote. Takie prawdziwie sloneczne. Od razu zrobilo mi sie lepiej! Niestety, dzis mamy wtorek. A ja znowu w biegu, z dziwnym uczuciem w zoladku...
Wrzody?
Ok, zamykam bloga i spadam sie uczyc.
Moze w ubieglym roku nie bylo az takiej pogody?Oczywiscie! Przeciez to o to chodzi!!
Pamietam jak zeszlej jesieni jeden z wlascicieli "moich" czworonogow napisal mi karteczke:
Jak bedzie na zewnatrz taka prawdziwa, jesienna szaruga nie musicie spacerowac. Mozecie siedziec u mnie. Dla mnie najwazniejsze, zeby B. mial w tym czasie towarzystwoI podczas rozmowy z Panem Mezem przypomnialo mi sie, ze smialam sie z tej karteczki wtedy, bo slonce swiecilo calusienka jesien, padalo tyle dni, ze na palcach jednej reki mozna policzyc i w ogole... Chodzilam tylko i kolory fotografowalam z pasja. A dzis?
Mielismy dwa sloneczne dni. Piatek i sobote. Takie prawdziwie sloneczne. Od razu zrobilo mi sie lepiej! Niestety, dzis mamy wtorek. A ja znowu w biegu, z dziwnym uczuciem w zoladku...
Wrzody?
Ok, zamykam bloga i spadam sie uczyc.
czwartek, 4 października 2012
Komputerowo-klawiaturowe M
Moje umiejetnosci kierowcy wcale nie byly az tak slabe. Niestety jeszcze noca u tesciowej rozmyslajac doszlam do wniosku, ze mimo wszystko przeczucie mam, ze samochod nam zdechnie w drodze do domu - i mialam stuprocentowa racje.
Samochod wiec mialam - 2.5 godziny... Potem poltorej godziny czekania na pomoc drogowa, holowanie do Gävle, tam pociag do stolicy... Jak wyjechalismy z samochodem o 6.30 tak do domu dotarlismy bez i to dopiero o 14.00...
A to jeszcze nie wszystko! Z racji braku samochodu i pomocy meza (a wiec braku dostepu do tramwaju, jak juz pisalam ostatnio), postawilam sobie w pozycji strategicznej rower we wtorek. W srode przygotowana na odebranie i co? W polowie drogi do domu ROWER SIE ZEPSUL!! Linka od przerzutek pekla!
GREAT. JUST GREAT!
Ani samochodu, ani roweru, ani transportu publicznego.
20km do przebycia - praktycznie we wszystkie dni robocze.
Z drugiej jednak strony to w sumie fajnie tak sobie pomyslec, ze co tydzien moge sobie dopisac ponad 100km, ktore PRZECHODZE NA WLASNYCH NOGACH!
(nie ma to jak myslec pozytywnie)
Pensjonatow dla psow nie obejrzalam, swojego czworonoga nie mam gdzie zostawic na urlopie za 3 tygodnie, w zwiazku z tym zamiast gdzies do sloneczka wybierzemy sie chyba do przyslowiowej dupy na raki.
A zeby tego malo bylo - psuje mi sie komputerowo-klawiaturowe...
Samochod wiec mialam - 2.5 godziny... Potem poltorej godziny czekania na pomoc drogowa, holowanie do Gävle, tam pociag do stolicy... Jak wyjechalismy z samochodem o 6.30 tak do domu dotarlismy bez i to dopiero o 14.00...
A to jeszcze nie wszystko! Z racji braku samochodu i pomocy meza (a wiec braku dostepu do tramwaju, jak juz pisalam ostatnio), postawilam sobie w pozycji strategicznej rower we wtorek. W srode przygotowana na odebranie i co? W polowie drogi do domu ROWER SIE ZEPSUL!! Linka od przerzutek pekla!
GREAT. JUST GREAT!
Ani samochodu, ani roweru, ani transportu publicznego.
20km do przebycia - praktycznie we wszystkie dni robocze.
Z drugiej jednak strony to w sumie fajnie tak sobie pomyslec, ze co tydzien moge sobie dopisac ponad 100km, ktore PRZECHODZE NA WLASNYCH NOGACH!
Pensjonatow dla psow nie obejrzalam, swojego czworonoga nie mam gdzie zostawic na urlopie za 3 tygodnie, w zwiazku z tym zamiast gdzies do sloneczka wybierzemy sie chyba do przyslowiowej dupy na raki.
A zeby tego malo bylo - psuje mi sie komputerowo-klawiaturowe
M
Subskrybuj:
Posty (Atom)
