piątek, 16 marca 2012

Wolny, wspolny weekend (co do godziny)

Weekend wolny wspolnie z mezem? Yes, please. Problem w tym, ze i tak zaladowany zajeciami.

Dzien jutrzejszy zaczynam od spotkania z podpisaniem umowy o godzinie 10.30, nastepnie o 11.30 wyprowadzam jednego z moich stalych klientow (dodatkowa praca w weekend), o godzinie 13.00 jestem w miescie na kursie z pierwszej pomocy dla psow. Kurs konczy sie o 16.00, jade prosto z powrotem do klienta wyzej wspomnianego na spacer i w domu bede dopiero tak na 18.30-19.00. I tyle meza zobacze. Pewnie padnieta...

W niedziele pobudka o 7.30 i wielka wycieczka do lasu w Lövsta na zachod od Sztokholmu. Bedziemy tam tropic, tzn. Brodacz bedzie tropil a ja bede sie uczyc teorii w praktyce i krytykowac innych uczestnikow, i sama znosic krytyke innych. W domu na 14.00 i niby wolne, ale... Pana Meza niet. On za to ma mecz w swoje ukochane kregle o 13.00 i wroci jakos na 18.00.

I tyle wolnego, wspolnego weekendu ;-)
A ostatnio wolne razem mielismy jakos na poczatku lutego.

niedziela, 26 lutego 2012

Przeziebienia ciag dalszy i ekspresowe nadejscie wiosny

Spiewajace ptaki wydaja sie dzis dziwnie wrzeszczace... Przeziebienie nie odpuszcza. Na szczescie wczoraj wieczorem znalazlam w naszej domowej apteczce specjalna masc mietowo-eukaliptusowa (az sie pies mojego smrodu po niej przestraszyl) i dzieki niej moglam przespac spokojnie cala noc, a kaszel obudzil mnie dopiero nad ranem.
Uff...









Takie nadejscie wiosny w minionym tygodniu zaobserwowalam. Zdjecia z brudnym sniegiem, lodem i czarna ulica sa z wtorku, woda w lesie z srody, a przebisniegi (ledwie je na tym zdjeciu widac, ale wybaczcie, aparat jak wiadomo zgubilam i tylko mi sie iPhone ostal) z czwartku.

Jak juz bialo, magicznie, mrozno nie jest, to niech juz bedzie wiosna na calego :-) To ja juz zimy nie chce ;-)

czwartek, 23 lutego 2012

Szalony tydzien

Leje sie z nosa, oczy lzawia, gardlo kluje... Super jest po prostu.

Zacznijmy jednak od poniedzialku.
7.30 ekspresowa wizyta u dentysty. W zab, ktory jest na etapie "bycia zabijanym", wdala sie nowa infekcja. Znow bol calusienkiej szczeki az do ucha srodkowego... Dentysta zeba otworzyl, ponownie kanal przeczyscil (bez znieczulenia! bo powiedzial, ze infekcja jest i tak tak gleboko, ze znieczulenie wcale by mi nie pomoglo), nalal nowego antybiotyku, zamknal to wszystko i do apteki wyslal. Po penicyline. A ja penicyline kiedys rozne reakcje mialam i balam sie tego cholerstwa wziac jak nie wiem.
I teraz wiem, ze jestem w grupie tych osob (1 na 100), ktorych po penicylinie mdli, zbiera na wymioty, w brzuchu rozregulowuje i stawy bola... Ale coz, infekcja odeszla chyba, bo juz na szesc godzin po wizycie bol polowicznie odpuscil a od wczoraj juz w ogole w tym zebie nic nie czuje.

We wtorek zachorowal ponownie Brodacz. Calutki grudzien byl chory, pod kroplowka spedzil dwa dni wtedy, antybiotyk 2 tygodnie bral i dopiero po tym wszystkim mu przeszlo. No i styczen byl spokoj, potem przyszedl mroz i caly szit zamarzl, a teraz roztopy i cholerstwo sie rozlazi!
Tak wiec musielismy kombinowac, co zrobic i jak, z racji faktu, ze Brodaty do pracy ze mna isc nie moze w tym tygodniu (nie dosc, ze istnieje ryzyko zarazenia innych psow, to jeszcze jak on niby mialby wytrzymac 8 godzin na nogach bez jedzenia i picia?!).

Nastepnie w autobusie do pracy zgubilam telefon. Na szczescie pani kierowca mila bardzo go odnalazla i wieczorem Pan Maz mogl odebrac moja stara Nokie, ktorej obecnie uzywam do pracy, na jednej ze stacji na linii, ktora obsluguje.
Ba, ale to nie koniec.

Sroda wczoraj. Uswiadomilam sobie, ze nie mam aparatu w kieszeni, w ktorej mam go codziennie! Przeszukalam caly dom, przeprowadzilam wywiad srodowiskowy z moimi klientami.
Ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie.
Niestety, ani widu ani slychu.
Ani aparatu, ani karty SD, na ktorej bylo tyle wspomnien pieknych... :-(
Ba, ale to nie wszystko. Po powrocie z pracy i ochlonieciu z wrazen (mialam wazne zadanie wyprowadzenia dwoch brodatych olbrzymow, ktore dosc sporo problemow maja i balam sie jak nie wiem, ale udalo sie i bylo bardzo pozytywnie) stwierdzilam, ze polykanie niezbyt dobrze mi idzie... No fak, nic tylko chorowac teraz.

Czwartek. Goraczka i katar. Gardlo nie ustepuje. Walcze.

Ja to sie tego tygodnia normalnie boje. Jeszcze trzy dni przeciez!! :-O

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poniedzialek trzynastego

W ubieglym roku zaplacilam stanowczo za maly podatek i dopiero w tym roku sie tym zajelam. My bad. Policzylam, co i jak, dowiedzialam sie, ze zeby nie musiec pozniej placic odsetek karnych mam wszystko uregulowac do 13.lutego, zglosilam w banku internetowym przelew na konto Skarbowego jeszcze w srode w ubieglym tygodniu i...

... nic.

Sprawdzam w czwartek - zero. Sprawdzam w piatek - zero. Potem weekend to nici z przelewu, a w banku info, ze juz dokonany. To czemu jeszcze nie ma pieniedzy na koncie Skarbowki?

(dodam na marginesie, ze pierwszy raz w zyciu dokonywalam przelewu na tak duza sume)

Wreszcie dzis z samego rana zalogowuje sie, a tu nie dosc, ze pieniazki sa na odpowiednim koncie, to jeszcze widnieje data, ze z tego konta sciagniete maja byc planowo dopiero za miesiac!
*ulga*
Po powrocie z pracy dostalam jeszcze decyzje na papierze przez listonosza dostarczonym w kopercie razem zwanej listem i juz usmiech zagoscil na mojej twarzy. Bo szczerze mowiac troche strachu sie najadlam... Najbardziej obawialam sie, ze cos zrobilam sie i ze te pieniadze przepadna gdzies w nicosc - a takiej sumy to nie mam pojecia, skad mialabym wziac drugi raz...

A w pracy milo dzisiaj bylo, jak to zawsze trzynastego =) O 10.00 z domu wyszlismy z Brodaczem przed 16.00 wrocilismy. Slonce ogrzalo nam dupy (bo zamiast zapowiadanego -10 bylo +2!), buty przemokly, kamienie/piasek, ktorymi posypane schody uciskaly miedzy opuszkami i stworzenia zwierzecego, ale przezyslimy, zdazylismy nawet posmiac sie (ja na swoj sposob, czworonog na swoj) z przyjaciolmi rasy Welsh Corgi Cardigan, z ktorymi niedlugo juz bedziemy zegnac sie niestety na dobre... Dobry dzien ten poniedzialek, dobry =)
A teraz czekam na dostawe moich zakupow spozywczych (tak, wiem, len jestem, przez internet zamawiam zamiast d.pe ruszyc), cappuccino popijam i bloguje sobie, usmiechajac sie do zdjec typu:


PS. Zapozyczone z grupy psygarnij.pl na fb.

sobota, 11 lutego 2012

Osobiscie (z psem)

Dochodze do wniosku, ze dla ludzi nie bedacych mna moje zycie moze wydawac sie niesamowicie nudne. Z dala od rodziny mieszkam. Z dala od przyjaciol mieszkam (jesli w ogole ktokolwiek jeszcze zasluguje na to miano... czekajcie... jest pare osob, na palcach jednej reki policzyc mozna). Z mezem mijam sie dosc czesto. Dzieci nie mam (nie pytajcie, kiedy beda, bo nie mam na to pytanie odpowiedzi). Mam za to psa.

Pies moj stanowi zycia centrum.

Jeszcze jako dziecko chcialam pracowac ze zwierzetami i byc weterynarzem (zaraz po zakonnicy - zakonnica na pierwszym miejscu byla przez lat wiele). Oczywiscie obowiazkowo miec wlasnego czworonoga w domu. W poznym dziecinstwie skonczylo sie to na chomikach i myszkach, ale pod koniec okresu mojego mieszkania z rodzicami doprosilam sie (z pomoca siostry i brata) psa. Suczke adoptowalismy ze schroniska (jesli to miejsce w ogole mozna nazwac schroniskiem, Szwedzi zlapaliby sie pewnie za glowe, jakby zobaczyli warunki przechowywania zwierzat w tym gospodarstwie...), ale zostala psem rodzinnym i jej nigdzie stamtad nie wywiozlam.
Trzeba bylo sie postarac stworzyc kiedys warunki we wlasnym M.

Udalo to sie w roku 2010 (nareszcie). I od tamtej pory ja i moj czworonog jestesmy praktycznie nierozlaczni. Na poczatku bezrobotny wtedy jeszcze maz mogl pomoc przy opiece, nastepnie dopasowalismy sobie tak godziny pracy, zeby piesek nie musial siedziec w domu sam - bo uwazam, ze taki canis lupus familiaris jako zwierze stadne nie powinien byc zostawiany sam w domu dluzej niz na pare godzin. Okazalo sie w miedzyczasie, ze nasz nawet pare godzin nie moze zostac sam z uwagi na sasiadow, gdyz czworonog uparcie stawal w przedpokoju i szczekal BEZ PRZERWY az do momentu, kiedy ktores z nas wrocilo do domu. Niefajnie, prawda?
Znalazlam dziewczyne, ktora mogla sie nim opiekowac wieczorami w dniach, w ktorych oboje bylismy w pracy (tak mniej wiecej raz w tygodniu), ale nie uznawalam tego za rozwiazanie ostateczne.

I gdy nadarzyla sie szansa zmiany kariery zawodowej i wejscia na sciezke pracy z psami (chocby na najnizszym stopniu), jednoczesnie bedaca mozliwoscia spedzania czasu w pracy ze swoim wlasnym, nie wahalam sie ani chwili. Tak oto w 2011 rozpoczela dzialalnosc moja firma.
I zaczelo sie.

Wychodzimy z domu, ja i pies, najwczesniej o 8.45 a najpozniej o 10.15. Wracamy gdzies pomiedzy 15.15 a 16.30. Po calym dniu spedzonym w pracy nie mamy zbyt ochoty na cokolwiek innego, wiec wieczory spedzamy albo na papierkowej pracy (troche tego jest, aczkolwiek nie az tak duzo, zeby rzygnac po odrobieniu), albo na literaturze poswieconej psom (doksztalcam sie w czasie wolnym), albo przed monitorem oglupiajac sie pewna telenowela. Cos tam w miedzyczasie zjesc trzeba tez, czesto konczy sie na zupce chinskiej, chyba ze cos w weekend uda mi sie przygotowac i zamrozic. Jakies pranie tez gdzies upcham. Ale juz na zycie towarzyskie raczej sily nie mam.

Alternatywa (zwykle miedzy wiosna a jesienia) sa kursy, na jakie uczeszczamy - oczywiscie ja i czworonog razem. Takie hobby mam, dosc kosztowne, ale bardzo satysfakcjonujace. Juz wyprobowalismy agility i rally o', posluszenstwo/obedience i tracking. Tym pierwszym i tym ostatnim mamy zamiar zajmowac sie od kwietnia ponownie =)

Jeszcze dwa lata temu, szczegolnie w porze zimowej, chodzilam w melancholii graniczacej z depresja. Niepowodzenia w zyciu towarzyskim, niepowodzenia w zyciu prywatnym, niepowodzenia w zyciu zawodowym, niepowodzenia w zyciu akademickim...
A teraz po dwoch latach patrze na siebie z tamtego okresu z politowaniem. Wygladam przez okno i widzac zachmurzone niebo nie mysle "O nie, znowu szaro i ponuro", lecz "Zachmurzone niebo o tej porze roku oznacza zwykle to, ze jest cieplej".
I szklanke widze nie do polowy pusta, lecz do polowy zapelniona.

piątek, 10 lutego 2012

Lekka aktualizacja

Ewidetnie zapomnialam juz jak sie pisze bloga...

W miedzyczasie udalo mi sie przepracowac calutkie dwanascie dni pod rzad, przezyc najgorszy bol zeba w moim zyciu, wizyte na pogotowiu dentystycznym w niedzielne popoludnie i opieke nad mocno przeziebionym mezem (akurat temu za wiele nie pomoglam z powodu pracy, ale wyzdrowial i bez tego, i nawet do pracy dzis wrocil).

Zima zamienila sie w przedwiosnie, aby pare dni pozniej ponownie pokazac swoja prawdziwa twarz. Pieknie sie zrobilo w mig, slonce sie usmiechnelo do calego Sztokholmu (tzn. przynajmniej tak mi sie wydaje, chociaz widzialam tylko jedna malusienka jego czesc).
Widzieliscie kiedys roztapiajace sie sople lodu na dachach, kiedy w tym samym momencie termometry pokazuja -10 stopni Celsjusza? Ja mialam okazje dzis przed poludniem. Niesamowite!

Mialam taki plan o pracy mojej troche opowiedziec, ale nie mam sily formulowac mysli w dniu dzisiejszym, dlatego pozegnam sie z Wami dosc szybko i moze w ksiazke sie jakas zatopie. W koncu weekend wolny czas rozpoczac :-) Szkoda tylko, ze bez meza, ale coz, przezyjemy i to. Maz wolne mial w poprzedni, to ja bylam w pracy, a za tydzien znow czas na niego to ja uciekam w tym czasie do Linköping na uniwersytecki zjazd moj. Kolejny wolny dla niego weekend jestem z wizyta w Polsce, a potem w jeszcze jedno mezowe wolne ja pracuje.
Fajnie, nie?

piątek, 27 stycznia 2012

W moich progach witajcie...

Czesc, jestem eM i na eM-igracji spedzam wlasnie osmy rok...

eee

Wroc.

Potrzeba mi bylo zmiany. Tesknilam za "Skandynawska" jednoczesnie jednak nie chcac zbytnio do niej wracac. Szalet miejski jest i czeka na lepsze czasy (powrot weny? tam felietony przeciez tworzyc mialam, a tu taka wielka d.pa).
Nowego miejsca w sieci mi sie zachcialo. Jakby istnienie fotologa, strony internetowej, fejsbukowego profilu, szwedzojezycznego bloga "psiego" i Szaletu Miejskiego nie bylo wystraczajace.
Od onetu uciec chcialam juz dawno, ale sentyment nie pozwalal. No i licznik odwiedzin, ma sie rozumiec, chociaz juz dawno nic sie w nim nie ruszylo ;-)

A wiec jestem ku zmartwieniu jednych a uciesze drugich. W Dzien Pamieci o Ofiarach Holocaustu rozpoczynam moje wywody. O codziennosci tu bedzie. Prywatnie, ale publicznie.

Witajcie w moich progach.