niedziela, 29 kwietnia 2012

O sztuce zycia w zwiazku

Przychodza takie chwile, kiedy zastanawiam sie nad sensem mojego zwiazku - tudziez jakiegokolwiek zwiazku miedzy dwojgiem ludzi na swiecie. Coz, zmieniam sie ja, zmienia sie moj Maz, zmienia sie nasza rzeczywistosc... Wiem, zabrzmi to strasznie w tej chwili, ale zaczynam rozumiec ludzi, ktorzy mimo uczucia, ktore miedzy nimi jest, odchodza kazdy swoja droga.

Bo to jest tak - widziec sie nie widzimy. Rano wstaje, robie swoje, wyprowadzam psa, pije kawe, jem sniadanie... Maz pojawia sie dopiero na jakies 20 minut przed moim wyjsciem z domu. Robi sniadanie, wlacza telewizor i w przerwie miedzy wiadomosciami interesujacymi a wiadomosciami nieinteresujacymi probuje prowadzic jakas dyskusje. Wiadomo, jaki poziom tego typu dyskusje reprezentuja... Zadne z nas nie dochodzi do niczego sensownego, bo telewizor rozprasza.
Czasami udaje mi sie Meza mojego zobaczyc chwilke w dzien, kiedy albo przychodzi odebrac Brodacza z naszej pracy i wziac do domu na odpoczynek, albo pomoc mi z jakims innym czworonogiem. Najdluzej godzine. Ale wiadomo jak to jest, majac trzy, cztery czy piec psow trudno jest prowadzic jakakolwiek dyskusje na poziomie - znow.
Gdy przychodze z pracy, jego juz nie ma. Gdy on wraca, ja juz spie, bo rano wstaje sporo wczesniej i, trzeba przyznac, poza tym troche wiecej snu potrzebuje niz on.

Weekendy spedzamy na wlasnych zajeciach. Ja pracuje, a jak nie pracuje, to tropie z psem, a jak nie tropie, to jestem w domu, ale... sama z czworonogiem, bo Maz ma np. swoje mecze w kregle, albo turniej (jak w ten weekend). Albo kolega do niego przyszedl (a przeciez nie bede mu odmawiac kolegow, bo przez to juz przechodzilismy - podla ja - i nie bylo zbyt fajnie; poza tym to kolega, ktory sam mieszka w stolicy, wynajmuje jeszcze pokoj u jakiejs babki, wiec nie ma wlasciwie wlasnego kata, wiec mysle, ze i jemu dobrze robi pobyt u nas, gry na X-box czy jakies glupawe komedie i piwo w rece).

W tym momencie pewnie przerwiesz i powiesz, ze moge zazadac chwili dla mnie - i masz racje. A raczej mialbys, gdyby nie cos innego. Pare dni temu opuscil nas moj Tesc, czyli moj Maz stracil wlasnego ojca. W zwiazku z tym ani nie wiem, jak mam sie do niego odezwac, ani nie wiem, co w jego glowie siedzi... Dlatego nie marudze, nie wkraczam z buciorami, nie zadam, tylko czekam. Czekam na dzien pogrzebu i czekam na rozwoj sytuacji. Czekam, az ktokolwiek zdecyduje cokolwiek, bo ktoz ja jestem, zeby podejmowac decyzje dotyczace ich rodzinnych spraw?
Poza tym zlapalo go przeziebienie, dawno juz, i nie puszcza. Kaszel, katar, do tego jeszcze, jak co wiosne, alergia. W tej sytuacji naprawde nie czuje, ze odpowiednio byloby prosic go o spelnienie moich wlasnych potrzeb, badz co badz egoistycznych.

I tak siedze sobie w piatkowy wieczor, w sobotni wieczor... Sama z czworonogiem. Wlaczam film. Robie popcorn, choc wcale nie mam na niego ochoty. Ochote mam na bliskosc mezczyzny, mojego mezczyzny, mezczyzny, ktory wlasnie wyjechal na weekend i wroci w niedziele (dzis znaczy). I teraz powiedz mi, Drogi Czytelniku, co z tym fantem zrobic?

Czasami przychodza mi do glowy mysli nieokielznane. Ochote mam spakowac manatki i wyjsc. Albo w ogole, jak za dawnych czasow, zostawic wszystko, umalowac sie, wystroic i wyjsc na cala noc, obudzic sie w ramionach kogos innego, zapomniec o problemach.
Stracilam w ciagu ostatnich 2 lat 18kg, tylko w ciagu ostatniego roku prawie 10kg. Z powodu mojej pracy sylwetka zaczyna wygladac przyzwoicie, miesnie rzezbione... Ze tak brzydko sie wyraze, chcialoby sie komus to pokazac, pochwalic sie, zobaczyc ten blysk w oku mezczyzny, gdy widzi piekna kobiete - poki jestem jeszcze mloda! Chcialoby sie przetanczyc cala noc (mimo, ze nie tancze), chcialoby sie spaceru za reke przy swietle ksiezyca w jakiejs romantycznej scenerii...

Chcialoby sie mezczyzny, ktory prowadzi podobny tryb zycia, ktory tez czuje tak samo silna motywacje do zrzucenia wagi - ktory tez zmienia sie na lepsze fizycznie wraz z latami. A tu mezczyzna, ktory juz jak znajdzie chwilke, zeby nie robic nic waznego, siada na swojej ulubionej kanapie, robi kanapke i wlacza tv - a w tv potrafi gapic sie naprawde godzinami. A ja nie potrafie nic na to powiedziec w chwili obecnej - ze wzgledu na nasze rozmijanie sie (jak juz jestesmy chwilke ze soba nie chce sie klocic), ze wzgledu na smierc bliskiej osoby, ze wzgledu na jego alergie i przeziebienie... z wielu wzgledow, po prostu.

Ale zaraz lapie sie za glowe: "Co ty tu babo wymyslasz?!" - przeciez to, przez co przechodzimy obecnie, to czesc doroslego zycia - nieodlaczna, nieunikniona... Nie mozna trwac w zwiazku poki jest kolorowo, a potem uciekac, jak tylko cos zlego sie stanie. Ta czesc zycia doroslego, ktora teraz przezywamy, ma jeszcze jedna ceche charakterystyczna - nie jest wieczna! Prawdziwa sztuka doroslosci jest ja przetrwac z wiara i nadzieja na to, ze wszystko, co w zyciu pozytywne, wroci do nas w odpowiednim czasie.

W koncu wchodzac w zwiazek malzenski obiecuje sie byc przy boku tej drugiej osoby zarowno w chwilach szczesliwych jak i tych ciemnych, szaro-burych, w ktorych zyc sie odechciewa. I to jest kwintesencja sztuki zycia w zwiazku!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Po-wielkanocna aktualizacja

Zagubiona jakas w tym blogowym swiecie. I na co mi bylo zakladac nowego, gdy na starych smieciach tak rzadko bywam?

Ciezko czasami. Cieszymy sie drobnymi rzeczami. Staram sie narzekac jak najmniej, mimo ze chcialoby sie wiecej czasu spedzac ze soba, ale z drugiej strony... nie wiadomo, ile jeszcze chwil maja przed soba. Nie mam pojecia, jakbym sie czula, gdyby chodzilo i kogos z moich rodzicow... Byloby mi niezmiernie smutno, pewnie i depresyjnie. Wiec staram sie zrozumiec, ze odsunieta chwilowo jestem na dalszy plan.

Ciesze sie, ze mam czworonoga. Pomaga mi towarzystwo futerka, mimo ze nie moze odpowiedziec na moje pytania.
Co dalej?

W firmie pozytywnie, aczkolwiek ponownie stresujaco. Kiedy tylko cierpliwosc sie konczy i jade na rezerwie, powtarzam sobie jak mantre, ze dobry humor musze utrzymac, ze spokoj na dobre mi wyjdzie - bo to prawda. Wiem, ze ludzie obserwuja, trudno nie zauwazyc jest tej samej dziewczyny w wojskowej zieleni poruszajacej sie tymi samymi ulicami dzien w dzien z dwoma, trzema, czterema... ba, czasami nawet piecioma psami na smyczy roznej dlugosci i koloru. A wiadomo, ten w jedna strone, ten w druga, tamten cieszy sie jak wariat na widok innych psow, innego znowu przeokropnie to stresuje... Trzeba nad tym wszystkim zapanowac - a od panowania nad soba sama zaczac!

Wielkanoc spedzilam w towarzystwie mojego czworonoznego brodacza. Pan Maz niestety pracowal od Wielkiego Piatku na Wielkiej Niedzieli konczac. A ja w Poniedzialek Wielkanocny mialam swoje rzeczy do zrobienia (m.in. cztery "obce" lapki do wyprowadzenia dwa razy tego dnia), wiec troszke sie rozminelismy. Zajelam sie za to nadrabianiem zaleglosci horrorowych i w ciagu tych swiat obejrzalam chyba z piec sztuk!
Powinnam jednak zabrac sie raczej na zaleglosci uczelniane, bo te sie pietrza tylko i zastanawiam sie, czy tego obecnego kursu nie zrobic po prostu jeszcze raz w innym terminie, bo po pracy tak padnieta jestem, ze nic do glowy juz nie wchodzi - a pracuje czesto, czesciej niz "zwykly" czlowiek.

Znalazlam jednak wczoraj chwile na wysprzatanie calutkiego mieszkanka, a dzis sily na dokladne wyczesanie podszerstka sznaucerowego (i kolejne sprzatanie, bo wlosy w calej kuchni - z racji braku miejsca jestem zmuszona robic to wlasnie tam) i na dopucowanie tego, co nasza psia fryzjerka zrobila dwa tygodnie temu - i dumna jestem z siebie :-) Jeszcze na spacer dlugi sie Pan Maz ze mna wybral mimo dokuczajacego mu juz czwarty bodajze tydzien przeziebienia.

Wczoraj spadl snieg. Z 10cm tego sniegu. W nocy zamarzl. A dzisiaj nas podtopilo, bo temperatura nagle podskoczyla do ponad dziesieciu stopni. I badz tu czlowieku madry (i zdrowy!)... Podobno nieciekawa pogoda sie szykuje w nadchodzacym tygodniu.
Oczekuje przeziebienia i ja.

Pan Maz jest juz wyedukowanym instruktorem jazdy w metrze tutejszym i od wtorku zaczyna prowadzic wlasny kurs. Niestety przydzielono go grupie wieczorowej, co oznacza nic innego jak prace 16-24... Ja za to glownie w pracy 8-16 (czasami krocej, bo 9.30-15.00), wiec kontynuujemy rozmijanie sie.
Z wiesci pozytywnych jednak moge juz teraz usmiechnac sie na urlop, ktorego w tym roku razem bedziemy miec az trzy tygodnie - dwa w lecie na przelomie czerwca i lipca, i tydzien na jesieni. Jakies tam mniejsze plany juz po glowie chodza... I byle dotrwac do czerwca.

piątek, 16 marca 2012

Wolny, wspolny weekend (co do godziny)

Weekend wolny wspolnie z mezem? Yes, please. Problem w tym, ze i tak zaladowany zajeciami.

Dzien jutrzejszy zaczynam od spotkania z podpisaniem umowy o godzinie 10.30, nastepnie o 11.30 wyprowadzam jednego z moich stalych klientow (dodatkowa praca w weekend), o godzinie 13.00 jestem w miescie na kursie z pierwszej pomocy dla psow. Kurs konczy sie o 16.00, jade prosto z powrotem do klienta wyzej wspomnianego na spacer i w domu bede dopiero tak na 18.30-19.00. I tyle meza zobacze. Pewnie padnieta...

W niedziele pobudka o 7.30 i wielka wycieczka do lasu w Lövsta na zachod od Sztokholmu. Bedziemy tam tropic, tzn. Brodacz bedzie tropil a ja bede sie uczyc teorii w praktyce i krytykowac innych uczestnikow, i sama znosic krytyke innych. W domu na 14.00 i niby wolne, ale... Pana Meza niet. On za to ma mecz w swoje ukochane kregle o 13.00 i wroci jakos na 18.00.

I tyle wolnego, wspolnego weekendu ;-)
A ostatnio wolne razem mielismy jakos na poczatku lutego.

niedziela, 26 lutego 2012

Przeziebienia ciag dalszy i ekspresowe nadejscie wiosny

Spiewajace ptaki wydaja sie dzis dziwnie wrzeszczace... Przeziebienie nie odpuszcza. Na szczescie wczoraj wieczorem znalazlam w naszej domowej apteczce specjalna masc mietowo-eukaliptusowa (az sie pies mojego smrodu po niej przestraszyl) i dzieki niej moglam przespac spokojnie cala noc, a kaszel obudzil mnie dopiero nad ranem.
Uff...









Takie nadejscie wiosny w minionym tygodniu zaobserwowalam. Zdjecia z brudnym sniegiem, lodem i czarna ulica sa z wtorku, woda w lesie z srody, a przebisniegi (ledwie je na tym zdjeciu widac, ale wybaczcie, aparat jak wiadomo zgubilam i tylko mi sie iPhone ostal) z czwartku.

Jak juz bialo, magicznie, mrozno nie jest, to niech juz bedzie wiosna na calego :-) To ja juz zimy nie chce ;-)

czwartek, 23 lutego 2012

Szalony tydzien

Leje sie z nosa, oczy lzawia, gardlo kluje... Super jest po prostu.

Zacznijmy jednak od poniedzialku.
7.30 ekspresowa wizyta u dentysty. W zab, ktory jest na etapie "bycia zabijanym", wdala sie nowa infekcja. Znow bol calusienkiej szczeki az do ucha srodkowego... Dentysta zeba otworzyl, ponownie kanal przeczyscil (bez znieczulenia! bo powiedzial, ze infekcja jest i tak tak gleboko, ze znieczulenie wcale by mi nie pomoglo), nalal nowego antybiotyku, zamknal to wszystko i do apteki wyslal. Po penicyline. A ja penicyline kiedys rozne reakcje mialam i balam sie tego cholerstwa wziac jak nie wiem.
I teraz wiem, ze jestem w grupie tych osob (1 na 100), ktorych po penicylinie mdli, zbiera na wymioty, w brzuchu rozregulowuje i stawy bola... Ale coz, infekcja odeszla chyba, bo juz na szesc godzin po wizycie bol polowicznie odpuscil a od wczoraj juz w ogole w tym zebie nic nie czuje.

We wtorek zachorowal ponownie Brodacz. Calutki grudzien byl chory, pod kroplowka spedzil dwa dni wtedy, antybiotyk 2 tygodnie bral i dopiero po tym wszystkim mu przeszlo. No i styczen byl spokoj, potem przyszedl mroz i caly szit zamarzl, a teraz roztopy i cholerstwo sie rozlazi!
Tak wiec musielismy kombinowac, co zrobic i jak, z racji faktu, ze Brodaty do pracy ze mna isc nie moze w tym tygodniu (nie dosc, ze istnieje ryzyko zarazenia innych psow, to jeszcze jak on niby mialby wytrzymac 8 godzin na nogach bez jedzenia i picia?!).

Nastepnie w autobusie do pracy zgubilam telefon. Na szczescie pani kierowca mila bardzo go odnalazla i wieczorem Pan Maz mogl odebrac moja stara Nokie, ktorej obecnie uzywam do pracy, na jednej ze stacji na linii, ktora obsluguje.
Ba, ale to nie koniec.

Sroda wczoraj. Uswiadomilam sobie, ze nie mam aparatu w kieszeni, w ktorej mam go codziennie! Przeszukalam caly dom, przeprowadzilam wywiad srodowiskowy z moimi klientami.
Ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie.
Niestety, ani widu ani slychu.
Ani aparatu, ani karty SD, na ktorej bylo tyle wspomnien pieknych... :-(
Ba, ale to nie wszystko. Po powrocie z pracy i ochlonieciu z wrazen (mialam wazne zadanie wyprowadzenia dwoch brodatych olbrzymow, ktore dosc sporo problemow maja i balam sie jak nie wiem, ale udalo sie i bylo bardzo pozytywnie) stwierdzilam, ze polykanie niezbyt dobrze mi idzie... No fak, nic tylko chorowac teraz.

Czwartek. Goraczka i katar. Gardlo nie ustepuje. Walcze.

Ja to sie tego tygodnia normalnie boje. Jeszcze trzy dni przeciez!! :-O

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poniedzialek trzynastego

W ubieglym roku zaplacilam stanowczo za maly podatek i dopiero w tym roku sie tym zajelam. My bad. Policzylam, co i jak, dowiedzialam sie, ze zeby nie musiec pozniej placic odsetek karnych mam wszystko uregulowac do 13.lutego, zglosilam w banku internetowym przelew na konto Skarbowego jeszcze w srode w ubieglym tygodniu i...

... nic.

Sprawdzam w czwartek - zero. Sprawdzam w piatek - zero. Potem weekend to nici z przelewu, a w banku info, ze juz dokonany. To czemu jeszcze nie ma pieniedzy na koncie Skarbowki?

(dodam na marginesie, ze pierwszy raz w zyciu dokonywalam przelewu na tak duza sume)

Wreszcie dzis z samego rana zalogowuje sie, a tu nie dosc, ze pieniazki sa na odpowiednim koncie, to jeszcze widnieje data, ze z tego konta sciagniete maja byc planowo dopiero za miesiac!
*ulga*
Po powrocie z pracy dostalam jeszcze decyzje na papierze przez listonosza dostarczonym w kopercie razem zwanej listem i juz usmiech zagoscil na mojej twarzy. Bo szczerze mowiac troche strachu sie najadlam... Najbardziej obawialam sie, ze cos zrobilam sie i ze te pieniadze przepadna gdzies w nicosc - a takiej sumy to nie mam pojecia, skad mialabym wziac drugi raz...

A w pracy milo dzisiaj bylo, jak to zawsze trzynastego =) O 10.00 z domu wyszlismy z Brodaczem przed 16.00 wrocilismy. Slonce ogrzalo nam dupy (bo zamiast zapowiadanego -10 bylo +2!), buty przemokly, kamienie/piasek, ktorymi posypane schody uciskaly miedzy opuszkami i stworzenia zwierzecego, ale przezyslimy, zdazylismy nawet posmiac sie (ja na swoj sposob, czworonog na swoj) z przyjaciolmi rasy Welsh Corgi Cardigan, z ktorymi niedlugo juz bedziemy zegnac sie niestety na dobre... Dobry dzien ten poniedzialek, dobry =)
A teraz czekam na dostawe moich zakupow spozywczych (tak, wiem, len jestem, przez internet zamawiam zamiast d.pe ruszyc), cappuccino popijam i bloguje sobie, usmiechajac sie do zdjec typu:


PS. Zapozyczone z grupy psygarnij.pl na fb.

sobota, 11 lutego 2012

Osobiscie (z psem)

Dochodze do wniosku, ze dla ludzi nie bedacych mna moje zycie moze wydawac sie niesamowicie nudne. Z dala od rodziny mieszkam. Z dala od przyjaciol mieszkam (jesli w ogole ktokolwiek jeszcze zasluguje na to miano... czekajcie... jest pare osob, na palcach jednej reki policzyc mozna). Z mezem mijam sie dosc czesto. Dzieci nie mam (nie pytajcie, kiedy beda, bo nie mam na to pytanie odpowiedzi). Mam za to psa.

Pies moj stanowi zycia centrum.

Jeszcze jako dziecko chcialam pracowac ze zwierzetami i byc weterynarzem (zaraz po zakonnicy - zakonnica na pierwszym miejscu byla przez lat wiele). Oczywiscie obowiazkowo miec wlasnego czworonoga w domu. W poznym dziecinstwie skonczylo sie to na chomikach i myszkach, ale pod koniec okresu mojego mieszkania z rodzicami doprosilam sie (z pomoca siostry i brata) psa. Suczke adoptowalismy ze schroniska (jesli to miejsce w ogole mozna nazwac schroniskiem, Szwedzi zlapaliby sie pewnie za glowe, jakby zobaczyli warunki przechowywania zwierzat w tym gospodarstwie...), ale zostala psem rodzinnym i jej nigdzie stamtad nie wywiozlam.
Trzeba bylo sie postarac stworzyc kiedys warunki we wlasnym M.

Udalo to sie w roku 2010 (nareszcie). I od tamtej pory ja i moj czworonog jestesmy praktycznie nierozlaczni. Na poczatku bezrobotny wtedy jeszcze maz mogl pomoc przy opiece, nastepnie dopasowalismy sobie tak godziny pracy, zeby piesek nie musial siedziec w domu sam - bo uwazam, ze taki canis lupus familiaris jako zwierze stadne nie powinien byc zostawiany sam w domu dluzej niz na pare godzin. Okazalo sie w miedzyczasie, ze nasz nawet pare godzin nie moze zostac sam z uwagi na sasiadow, gdyz czworonog uparcie stawal w przedpokoju i szczekal BEZ PRZERWY az do momentu, kiedy ktores z nas wrocilo do domu. Niefajnie, prawda?
Znalazlam dziewczyne, ktora mogla sie nim opiekowac wieczorami w dniach, w ktorych oboje bylismy w pracy (tak mniej wiecej raz w tygodniu), ale nie uznawalam tego za rozwiazanie ostateczne.

I gdy nadarzyla sie szansa zmiany kariery zawodowej i wejscia na sciezke pracy z psami (chocby na najnizszym stopniu), jednoczesnie bedaca mozliwoscia spedzania czasu w pracy ze swoim wlasnym, nie wahalam sie ani chwili. Tak oto w 2011 rozpoczela dzialalnosc moja firma.
I zaczelo sie.

Wychodzimy z domu, ja i pies, najwczesniej o 8.45 a najpozniej o 10.15. Wracamy gdzies pomiedzy 15.15 a 16.30. Po calym dniu spedzonym w pracy nie mamy zbyt ochoty na cokolwiek innego, wiec wieczory spedzamy albo na papierkowej pracy (troche tego jest, aczkolwiek nie az tak duzo, zeby rzygnac po odrobieniu), albo na literaturze poswieconej psom (doksztalcam sie w czasie wolnym), albo przed monitorem oglupiajac sie pewna telenowela. Cos tam w miedzyczasie zjesc trzeba tez, czesto konczy sie na zupce chinskiej, chyba ze cos w weekend uda mi sie przygotowac i zamrozic. Jakies pranie tez gdzies upcham. Ale juz na zycie towarzyskie raczej sily nie mam.

Alternatywa (zwykle miedzy wiosna a jesienia) sa kursy, na jakie uczeszczamy - oczywiscie ja i czworonog razem. Takie hobby mam, dosc kosztowne, ale bardzo satysfakcjonujace. Juz wyprobowalismy agility i rally o', posluszenstwo/obedience i tracking. Tym pierwszym i tym ostatnim mamy zamiar zajmowac sie od kwietnia ponownie =)

Jeszcze dwa lata temu, szczegolnie w porze zimowej, chodzilam w melancholii graniczacej z depresja. Niepowodzenia w zyciu towarzyskim, niepowodzenia w zyciu prywatnym, niepowodzenia w zyciu zawodowym, niepowodzenia w zyciu akademickim...
A teraz po dwoch latach patrze na siebie z tamtego okresu z politowaniem. Wygladam przez okno i widzac zachmurzone niebo nie mysle "O nie, znowu szaro i ponuro", lecz "Zachmurzone niebo o tej porze roku oznacza zwykle to, ze jest cieplej".
I szklanke widze nie do polowy pusta, lecz do polowy zapelniona.