eM-igrantka miala na dzis zabukowane spotkanie z potencjalnym klientem - po godzinach. Oczywiscie spotkanie odwolala w ostatniej minucie niemalze... Niefajny taki doggy walker, prawda?
Tylko ze ja padnieta calkiem jestem, jeszcze w niedziele przemoczona na sznaucerowym grillu, niedospana wiecznie i... no tak, chorobe mi wmowiono. Jako jednak ze nie wiem, czy to tylko symptomy psychosomatyczne sa, czy tez prawdziwe; na zimne dmuchac wole w tej sytuacji i zamiast po calym dniu spacerowania mieszanego z joggingiem na rower siadac i do potencjalnych klientow na kolejne spacery uderzac (full-booked jestem wlasciwie... to tez) polozylam sie pod kocykiem z kubkiem goracej herbaty z miodem (cytryny niestety brak) i staram sie odpoczac.
Bo jesli rozchoruje sie na calego, to nie dosc, ze nic nie zarabiam, to jeszcze problemy z tego powodu bedzie miec 13 rodzin... A to juz mniej fajne jest, prawda?
Tak wiec Pana Meza pozegnalam (na kregle pojechal), komputer wlaczylam i... no tak, jako ze na kursie z etologii nie rozpoczelo sie jeszcze nic, to bloga otworzylam i stwierdzilam, ze pobzduruje, a macie.
wtorek, 28 sierpnia 2012
wtorek, 21 sierpnia 2012
Dzien z zycia dogwalkera ;-)
Dopiero wtorek, a ja juz nog nie czuje. Wczoraj rozpoczal sie u mnie jesienny semestr. Jeszcze tylko jeden piesek jest w tym tygodniu na urlopie, cala reszta juz z powrotem i lecimy z koksem.
Dzien zaczynam teraz troche na zmiane - opcja pierwsza z budzikiem o 6.15, spacerem z Brodaczem wlasnym, kubkiem kawy i przyjeciem pierwszego "obcego" czworonoga pod swoj dach zaraz po godzinie 7.00; opcja druga z budzikiem o 7.15 i... dalej to samo. W niektore weekendy pojawia sie trzecia opcja z budzikiem o 5.00, ale na razie jeszcze poltora tygodnia do niej w najblizszym czasie.
Do domu dostarczane sa teraz czworonogi dwa, plci meskiej labrador (linie mysliwskie, Field lines, takiego bym chciala nawet ja) i plci zenskiej toller (pelna nazwa: Nova Scotia Duck Tolling Retriever). No i jest tez oczywiscie sznaucer plci bardzo meskiej ;-)
W domu jestesmy chwilke wszyscy razem, a zaraz przed 9.30 wybieramy sie - ja i trojka czworonoznych przyjaciol - na nasze podboje okolicy, czyli spacery z innymi psami. I tak lazimy i lazimy. A z racji tego, ze tramwajem czy autobusem wolno tylko dwa pieski tej wielkosci na osobe (tej wielkosci oznacza tu takie, ktore nie mieszcza sie w torebce lub malej klatce), to cale przedpoludnie odbywa sie obecnie biegiem, zeby zdazyc... Po poludniu moglabym juz pomoc sobie troche tramwajem, ale niestety mam tez pieski w okolicy, w ktorej nie ma ani autobusow, ani tramwaju, a ludzie poruszaja sie samochodami (ja takiego luksusu nie posiadam).
Dzis noga moja postala w domu dopiero po 16.00. Zmeczona, obolala, glodna. Dzis dodatkowo jeszcze niewyspana, bo sie tak stresowalam tym dzisiejszym dniem (mialam do zaprezentowania sobie wzajemnie dwie suki, jedna mloda, druga bardzo stara, czyli sytuacja typu "wszystko sie moze zdarzyc"), ze wczoraj nie moglam wcale usnac...
Do tego jeszcze telefony sie urywaja. Ludziom sie nagle przypomina, ze jesien sie zaczela, ze urlop sie skonczyl i ze do pracy wracac trzeba. A co z psem? ;-)
Ide obiad robic lepiej...
Dzien zaczynam teraz troche na zmiane - opcja pierwsza z budzikiem o 6.15, spacerem z Brodaczem wlasnym, kubkiem kawy i przyjeciem pierwszego "obcego" czworonoga pod swoj dach zaraz po godzinie 7.00; opcja druga z budzikiem o 7.15 i... dalej to samo. W niektore weekendy pojawia sie trzecia opcja z budzikiem o 5.00, ale na razie jeszcze poltora tygodnia do niej w najblizszym czasie.
Do domu dostarczane sa teraz czworonogi dwa, plci meskiej labrador (linie mysliwskie, Field lines, takiego bym chciala nawet ja) i plci zenskiej toller (pelna nazwa: Nova Scotia Duck Tolling Retriever). No i jest tez oczywiscie sznaucer plci bardzo meskiej ;-)
W domu jestesmy chwilke wszyscy razem, a zaraz przed 9.30 wybieramy sie - ja i trojka czworonoznych przyjaciol - na nasze podboje okolicy, czyli spacery z innymi psami. I tak lazimy i lazimy. A z racji tego, ze tramwajem czy autobusem wolno tylko dwa pieski tej wielkosci na osobe (tej wielkosci oznacza tu takie, ktore nie mieszcza sie w torebce lub malej klatce), to cale przedpoludnie odbywa sie obecnie biegiem, zeby zdazyc... Po poludniu moglabym juz pomoc sobie troche tramwajem, ale niestety mam tez pieski w okolicy, w ktorej nie ma ani autobusow, ani tramwaju, a ludzie poruszaja sie samochodami (ja takiego luksusu nie posiadam).
Dzis noga moja postala w domu dopiero po 16.00. Zmeczona, obolala, glodna. Dzis dodatkowo jeszcze niewyspana, bo sie tak stresowalam tym dzisiejszym dniem (mialam do zaprezentowania sobie wzajemnie dwie suki, jedna mloda, druga bardzo stara, czyli sytuacja typu "wszystko sie moze zdarzyc"), ze wczoraj nie moglam wcale usnac...
Do tego jeszcze telefony sie urywaja. Ludziom sie nagle przypomina, ze jesien sie zaczela, ze urlop sie skonczyl i ze do pracy wracac trzeba. A co z psem? ;-)
Ide obiad robic lepiej...
sobota, 11 sierpnia 2012
Do porzadku dziennego...
Przechodze do porzadku dziennego w zwiazku z koncowka sezonu urlopowo-wakacyjnego. Nie to, zebym to ja takie dlugie wolne miala, ale spora czesc moich klientow - tak. Jutro wraca piesek numer 9, pojutrze 10, piesek numer 11 zaczyna u nas w nastepny poniedzialek, a 12 wraca we wtorek po. I znow bedziemy pelnym gangiem =)
A wlasciwie jest nas wiecej, bo jest jeszcze dochodzaca 13-tka i 14-tka! Wiec bedzie co robic w najblizszych tygodniach. Na szczescie mam jeszcze na jesieni tydzien urlopu na przelomie pazdziernika i listopada - jest na co czekac. Potem znow przerwa swiateczna...
Oj, wybieglam cos za daleko w przyszlosc.
Moze lepiej zajme sie dniem dzisiejszym ;-) Pobudka o 5.00 byla i praca byla, teraz chwila odpoczynku, a za dwie godzinki spacerek ze znajoma i jej terrierkiem, ktory bardzo sie z moim brodaczem lubi.
A wlasciwie jest nas wiecej, bo jest jeszcze dochodzaca 13-tka i 14-tka! Wiec bedzie co robic w najblizszych tygodniach. Na szczescie mam jeszcze na jesieni tydzien urlopu na przelomie pazdziernika i listopada - jest na co czekac. Potem znow przerwa swiateczna...
Oj, wybieglam cos za daleko w przyszlosc.
Moze lepiej zajme sie dniem dzisiejszym ;-) Pobudka o 5.00 byla i praca byla, teraz chwila odpoczynku, a za dwie godzinki spacerek ze znajoma i jej terrierkiem, ktory bardzo sie z moim brodaczem lubi.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Z pseudologia na ty...
Zapomnialam cos o tym blogu przez pewien czas, pojawialam sie troche na onecie w to lato, ale tam nie ma miejsca na osobiste wyzalanie sie - a taki czas teraz nadszedl.
Nie wiem, co myslec o tym lecie. Zaczelo sie fantastycznie - czerwcowym wypadem do Jämtland i moim pierwszym (i z cala pewnoscia nie ostatnim) wloczeniem sie po szwedzkich gorach. Relacja dosc dokladna w wielu czesciach w Szalecie Miejskim. Potem pare dni u Tesciowej wraz z reszta rodziny Pana Meza... Jak dotad zupelnie spoko. Szykowala sie wizyta mamy, na ktora czekalam dosc dlugo i bardzo sie cieszylam.
W miedzyczasie jednak, jako ze wiekszosc z moich pieskow mialo wolne, pomyslalam sobie, ze moge swoje wolne wykorzystac, zeby pomoc komus jeszcze i odpowiedzialam na ogloszenie na jednym z najwiekszych szwedzkich serwisow - nocna opieka nad mloda suczka.
Oooo, jak ja zaluje tego kroku!!
W szczegoly wchodzic nie chce, krotko powiem, ze zrezygnowalam dosc szybko, bo pies byl okropnie zestresowany i w ogole nie przygotowany do zostania z calkiem obcymi osobami, do tego jeszcze bardzo negatywnie nastawiony do mojego kochanego Brodacza (do tego stopnia, ze biedak moj prosil sie o to, zeby zamknac go w sypialni, byle od niej jak najdalej). Pieniadze wzielam tylko za te noce, w ktore pies byl u nas, mimo ze zabukowala mnie wlascicielka na dluzej i nie moglam nikomu miejsca odstapic (a mnie nawet moi stali klienci prosili i musialam odmowic!), i wlasciwie na dobra sprawe powinna zaplacic wiecej. Ale co tam, najwazniejsze, zeby u nas zapanowal spokoj i zeby ten pies znalazl sie w miejscu, w ktorym czuje sie bezpiecznie. Moze z osoba, ktora zna od szczeniecia? Moze z osoba, ktora nie ma zadnych innych psow w tym samym czasie?
W miniony weekend dostalam wiadomosc. Wlascicielka zestresowanej suczki rozpisuje nie wiadomo co na swojej fejsbukowej scianie. Zajrzalam - faktycznie! Pies niby u mnie nie wychodzil na dwor i nie mial wody ani miejsca do spania... I ze teraz niby masa problemow wystapila, ktorych wczesniej nie bylo, a do ktorych niby ja sie przyczynilam...
Ciekawe tylko, dlaczego opowiadala mi przy pierwszym spotkaniu przed podpisaniem umowy o pochodzeniu psa (bledach w socjalizacji u hodowcy) i wlasnie o problemach z atakami (ktore wedlug jej najnowszych donosow NIGDY sie nie zdarzyly wczesniej... zgroza, wszystko bym dala za to, by miec nagranie jej pierwszej wypowiedzi SPRZED tych nieszczesnych trzech-czterech nocy, kiedy chodzilismy po scianach niemalze, zeby suce dogodzic, a ktora niestety nie mogla sie uspokoic choc nie wiem jak sie staralismy).
No, napisalam troche za duzo, ale takie rozpisanie sie zdecydowanie mi ulzylo. Mialam zglaszac na policje o pomowienie, dowody mam (swiadkowie, kopie jej wpisow w internecie), ale podchodze do tego z niechecia.
Nie chce wchodzic w wieksze konflikty z mitomaniaczka. Chce za to pracowac dalej z tym, co kocham. W koncu zadowolonych klientow, zarowno dwunoznych jak i czworonoznych, mi nie brakuje.
Nie wiem, co myslec o tym lecie. Zaczelo sie fantastycznie - czerwcowym wypadem do Jämtland i moim pierwszym (i z cala pewnoscia nie ostatnim) wloczeniem sie po szwedzkich gorach. Relacja dosc dokladna w wielu czesciach w Szalecie Miejskim. Potem pare dni u Tesciowej wraz z reszta rodziny Pana Meza... Jak dotad zupelnie spoko. Szykowala sie wizyta mamy, na ktora czekalam dosc dlugo i bardzo sie cieszylam.
W miedzyczasie jednak, jako ze wiekszosc z moich pieskow mialo wolne, pomyslalam sobie, ze moge swoje wolne wykorzystac, zeby pomoc komus jeszcze i odpowiedzialam na ogloszenie na jednym z najwiekszych szwedzkich serwisow - nocna opieka nad mloda suczka.
Oooo, jak ja zaluje tego kroku!!
W szczegoly wchodzic nie chce, krotko powiem, ze zrezygnowalam dosc szybko, bo pies byl okropnie zestresowany i w ogole nie przygotowany do zostania z calkiem obcymi osobami, do tego jeszcze bardzo negatywnie nastawiony do mojego kochanego Brodacza (do tego stopnia, ze biedak moj prosil sie o to, zeby zamknac go w sypialni, byle od niej jak najdalej). Pieniadze wzielam tylko za te noce, w ktore pies byl u nas, mimo ze zabukowala mnie wlascicielka na dluzej i nie moglam nikomu miejsca odstapic (a mnie nawet moi stali klienci prosili i musialam odmowic!), i wlasciwie na dobra sprawe powinna zaplacic wiecej. Ale co tam, najwazniejsze, zeby u nas zapanowal spokoj i zeby ten pies znalazl sie w miejscu, w ktorym czuje sie bezpiecznie. Moze z osoba, ktora zna od szczeniecia? Moze z osoba, ktora nie ma zadnych innych psow w tym samym czasie?
W miniony weekend dostalam wiadomosc. Wlascicielka zestresowanej suczki rozpisuje nie wiadomo co na swojej fejsbukowej scianie. Zajrzalam - faktycznie! Pies niby u mnie nie wychodzil na dwor i nie mial wody ani miejsca do spania... I ze teraz niby masa problemow wystapila, ktorych wczesniej nie bylo, a do ktorych niby ja sie przyczynilam...
Ciekawe tylko, dlaczego opowiadala mi przy pierwszym spotkaniu przed podpisaniem umowy o pochodzeniu psa (bledach w socjalizacji u hodowcy) i wlasnie o problemach z atakami (ktore wedlug jej najnowszych donosow NIGDY sie nie zdarzyly wczesniej... zgroza, wszystko bym dala za to, by miec nagranie jej pierwszej wypowiedzi SPRZED tych nieszczesnych trzech-czterech nocy, kiedy chodzilismy po scianach niemalze, zeby suce dogodzic, a ktora niestety nie mogla sie uspokoic choc nie wiem jak sie staralismy).
No, napisalam troche za duzo, ale takie rozpisanie sie zdecydowanie mi ulzylo. Mialam zglaszac na policje o pomowienie, dowody mam (swiadkowie, kopie jej wpisow w internecie), ale podchodze do tego z niechecia.
Nie chce wchodzic w wieksze konflikty z mitomaniaczka. Chce za to pracowac dalej z tym, co kocham. W koncu zadowolonych klientow, zarowno dwunoznych jak i czworonoznych, mi nie brakuje.
wtorek, 5 czerwca 2012
Pozdrawiam
Nie pamietam, kiedy ostatnio mialam wolne. Wreszcie sie doczekalam. Co prawda jutro wieczorem przyjmujemy w naszych progach czworonoznego goscia, ale to dopiero wieczorem. Do tego czasu jestem calkowicie wolna! 16 dni pracy pod rzad, gdzie najkrotsze byly niedziele (wyjazd o 7.00, powrot o 13.00), a budzik dzwonil niemilosiernie codziennie miedzy 5.00 a 7.00, dobiegly konca.
Wiadomo, 7.00 to nie blady swit, ale biorac pod uwage, ze obie moje prace sa bardzo fizycznie wymagajace, a zdrowie nie zawsze nadaza tym samym tempem, co reszta swiata, potrzeba mi troche wiecej odpoczynku niz przecietnemu czlowiekowi.
Wiec ciesze sie na pierwszy poranek bez budzika. Z cala pewnoscia obudze sie jak do pracy, ale swiadomosc, ze nigdzie mi sie nie spieszy, jest relaksujaca sama w sobie.
Bloguje w ogole regularnie, ale po szwedzku i o pieskach only. Polska wena poszla jakos w sina dal. Chcialabym tyle opowiedziec, ale nie wiem jak, w zwiazku z tym trzymam w sobie i nie wiem, czy na dobre mi to wyjdzie.
Niektorymi rzeczami jednak nie ma czlowiek ochoty dzielic sie publicznie. Z przyjacielem to co innego, ale ze takiej osoby na horyzoncie nie widze (z wyjatkiem Meza, ale ilez mu mozna gadac?), to pieskom opowiadam, a ludzie patrza jak na glupia.
Co mi tam.
Pozdrawiam.
Wiadomo, 7.00 to nie blady swit, ale biorac pod uwage, ze obie moje prace sa bardzo fizycznie wymagajace, a zdrowie nie zawsze nadaza tym samym tempem, co reszta swiata, potrzeba mi troche wiecej odpoczynku niz przecietnemu czlowiekowi.
Wiec ciesze sie na pierwszy poranek bez budzika. Z cala pewnoscia obudze sie jak do pracy, ale swiadomosc, ze nigdzie mi sie nie spieszy, jest relaksujaca sama w sobie.
Bloguje w ogole regularnie, ale po szwedzku i o pieskach only. Polska wena poszla jakos w sina dal. Chcialabym tyle opowiedziec, ale nie wiem jak, w zwiazku z tym trzymam w sobie i nie wiem, czy na dobre mi to wyjdzie.
Niektorymi rzeczami jednak nie ma czlowiek ochoty dzielic sie publicznie. Z przyjacielem to co innego, ale ze takiej osoby na horyzoncie nie widze (z wyjatkiem Meza, ale ilez mu mozna gadac?), to pieskom opowiadam, a ludzie patrza jak na glupia.
Co mi tam.
Pozdrawiam.
niedziela, 20 maja 2012
Praca, praca, praca...
Wydaje mi sie, ze trace tylko czas siedzac na tapczanie z komputerem na kolanach, mezem przy boku i kolejna juz prognoza pogody w telewizji, podczas gdy za oknem przepiekna pogoda... Wychodze jednak z zalozenia, ze piekna pogoda jeszcze zdaze sie nacieszyc (w nadchodzacym tygodniu np. nie ma ani jednego dnia swiatecznego, wiec po paru tygodniach z przerwami nadchodzi pierwszy pieciodniowy) - w cztery z pieciu dni pracujacych (firma) spedzam prawie osiem godzin na dworze, a dnia piatego okolo szesc; i to tylko w pracy, do tego jeszcze dodac trzeba wieczorne agility i spacery z wlasnym czworonogiem... Zdazy mi sie to slonce zdecydowanie przejesc - jasne, fajnie jest jak jest cieplo i slonecznie jak sie totalnie nic do roboty nie ma i mozna lezec na plazy, ale ta sama pogoda jest niesamowicie uciazliwa, gdy caly dzien spedza sie biegajac - psy wykonczone, ja wykonczona, pot sie leje, wody brakuje... I to juz przy 18 stopniach... Co bedzie, gdy termometr podskoczy o 5-15 stopni?
Do tego jeszcze dzien dzisiejszy to moj ostatni dzien wolny na jakis czas - od jutra zaczynam moj maraton, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona... Zero weekendu, zero wolnego. Praca srednio 7.5 godziny dziennie.
Mysl, ktora mnie pociesza, to to, ze po tych dwoch tygodniach nastepuje jeden, w ktorym sroda jest dniem wolnym od pracy (6.06; szwedzkie swieto narodowe). Co prawda przyjmujemy wtedy pieska w nasze progi (zostanie z nami 12 dni), ale to dopiero wieczorem, zdaze odpoczac. A potem dwa dni pracy i weekend =)
Popracujemy do 21.czerwca i urlop =) Cudownie, pieknie, wspaniale... It keeps me going =)
A tymczasem wiosna szybciochem zmienia sie w lato...
Do tego jeszcze dzien dzisiejszy to moj ostatni dzien wolny na jakis czas - od jutra zaczynam moj maraton, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona, piec dni w firmie, dwa jako zatrudniona... Zero weekendu, zero wolnego. Praca srednio 7.5 godziny dziennie.
Mysl, ktora mnie pociesza, to to, ze po tych dwoch tygodniach nastepuje jeden, w ktorym sroda jest dniem wolnym od pracy (6.06; szwedzkie swieto narodowe). Co prawda przyjmujemy wtedy pieska w nasze progi (zostanie z nami 12 dni), ale to dopiero wieczorem, zdaze odpoczac. A potem dwa dni pracy i weekend =)
Popracujemy do 21.czerwca i urlop =) Cudownie, pieknie, wspaniale... It keeps me going =)
A tymczasem wiosna szybciochem zmienia sie w lato...
niedziela, 29 kwietnia 2012
O sztuce zycia w zwiazku
Przychodza takie chwile, kiedy zastanawiam sie nad sensem mojego zwiazku - tudziez jakiegokolwiek zwiazku miedzy dwojgiem ludzi na swiecie. Coz, zmieniam sie ja, zmienia sie moj Maz, zmienia sie nasza rzeczywistosc... Wiem, zabrzmi to strasznie w tej chwili, ale zaczynam rozumiec ludzi, ktorzy mimo uczucia, ktore miedzy nimi jest, odchodza kazdy swoja droga.
Bo to jest tak - widziec sie nie widzimy. Rano wstaje, robie swoje, wyprowadzam psa, pije kawe, jem sniadanie... Maz pojawia sie dopiero na jakies 20 minut przed moim wyjsciem z domu. Robi sniadanie, wlacza telewizor i w przerwie miedzy wiadomosciami interesujacymi a wiadomosciami nieinteresujacymi probuje prowadzic jakas dyskusje. Wiadomo, jaki poziom tego typu dyskusje reprezentuja... Zadne z nas nie dochodzi do niczego sensownego, bo telewizor rozprasza.
Czasami udaje mi sie Meza mojego zobaczyc chwilke w dzien, kiedy albo przychodzi odebrac Brodacza z naszej pracy i wziac do domu na odpoczynek, albo pomoc mi z jakims innym czworonogiem. Najdluzej godzine. Ale wiadomo jak to jest, majac trzy, cztery czy piec psow trudno jest prowadzic jakakolwiek dyskusje na poziomie - znow.
Gdy przychodze z pracy, jego juz nie ma. Gdy on wraca, ja juz spie, bo rano wstaje sporo wczesniej i, trzeba przyznac, poza tym troche wiecej snu potrzebuje niz on.
Weekendy spedzamy na wlasnych zajeciach. Ja pracuje, a jak nie pracuje, to tropie z psem, a jak nie tropie, to jestem w domu, ale... sama z czworonogiem, bo Maz ma np. swoje mecze w kregle, albo turniej (jak w ten weekend). Albo kolega do niego przyszedl (a przeciez nie bede mu odmawiac kolegow, bo przez to juz przechodzilismy - podla ja - i nie bylo zbyt fajnie; poza tym to kolega, ktory sam mieszka w stolicy, wynajmuje jeszcze pokoj u jakiejs babki, wiec nie ma wlasciwie wlasnego kata, wiec mysle, ze i jemu dobrze robi pobyt u nas, gry na X-box czy jakies glupawe komedie i piwo w rece).
W tym momencie pewnie przerwiesz i powiesz, ze moge zazadac chwili dla mnie - i masz racje. A raczej mialbys, gdyby nie cos innego. Pare dni temu opuscil nas moj Tesc, czyli moj Maz stracil wlasnego ojca. W zwiazku z tym ani nie wiem, jak mam sie do niego odezwac, ani nie wiem, co w jego glowie siedzi... Dlatego nie marudze, nie wkraczam z buciorami, nie zadam, tylko czekam. Czekam na dzien pogrzebu i czekam na rozwoj sytuacji. Czekam, az ktokolwiek zdecyduje cokolwiek, bo ktoz ja jestem, zeby podejmowac decyzje dotyczace ich rodzinnych spraw?
Poza tym zlapalo go przeziebienie, dawno juz, i nie puszcza. Kaszel, katar, do tego jeszcze, jak co wiosne, alergia. W tej sytuacji naprawde nie czuje, ze odpowiednio byloby prosic go o spelnienie moich wlasnych potrzeb, badz co badz egoistycznych.
I tak siedze sobie w piatkowy wieczor, w sobotni wieczor... Sama z czworonogiem. Wlaczam film. Robie popcorn, choc wcale nie mam na niego ochoty. Ochote mam na bliskosc mezczyzny, mojego mezczyzny, mezczyzny, ktory wlasnie wyjechal na weekend i wroci w niedziele (dzis znaczy). I teraz powiedz mi, Drogi Czytelniku, co z tym fantem zrobic?
Czasami przychodza mi do glowy mysli nieokielznane. Ochote mam spakowac manatki i wyjsc. Albo w ogole, jak za dawnych czasow, zostawic wszystko, umalowac sie, wystroic i wyjsc na cala noc, obudzic sie w ramionach kogos innego, zapomniec o problemach.
Stracilam w ciagu ostatnich 2 lat 18kg, tylko w ciagu ostatniego roku prawie 10kg. Z powodu mojej pracy sylwetka zaczyna wygladac przyzwoicie, miesnie rzezbione... Ze tak brzydko sie wyraze, chcialoby sie komus to pokazac, pochwalic sie, zobaczyc ten blysk w oku mezczyzny, gdy widzi piekna kobiete - poki jestem jeszcze mloda! Chcialoby sie przetanczyc cala noc (mimo, ze nie tancze), chcialoby sie spaceru za reke przy swietle ksiezyca w jakiejs romantycznej scenerii...
Chcialoby sie mezczyzny, ktory prowadzi podobny tryb zycia, ktory tez czuje tak samo silna motywacje do zrzucenia wagi - ktory tez zmienia sie na lepsze fizycznie wraz z latami. A tu mezczyzna, ktory juz jak znajdzie chwilke, zeby nie robic nic waznego, siada na swojej ulubionej kanapie, robi kanapke i wlacza tv - a w tv potrafi gapic sie naprawde godzinami. A ja nie potrafie nic na to powiedziec w chwili obecnej - ze wzgledu na nasze rozmijanie sie (jak juz jestesmy chwilke ze soba nie chce sie klocic), ze wzgledu na smierc bliskiej osoby, ze wzgledu na jego alergie i przeziebienie... z wielu wzgledow, po prostu.
Ale zaraz lapie sie za glowe: "Co ty tu babo wymyslasz?!" - przeciez to, przez co przechodzimy obecnie, to czesc doroslego zycia - nieodlaczna, nieunikniona... Nie mozna trwac w zwiazku poki jest kolorowo, a potem uciekac, jak tylko cos zlego sie stanie. Ta czesc zycia doroslego, ktora teraz przezywamy, ma jeszcze jedna ceche charakterystyczna - nie jest wieczna! Prawdziwa sztuka doroslosci jest ja przetrwac z wiara i nadzieja na to, ze wszystko, co w zyciu pozytywne, wroci do nas w odpowiednim czasie.
W koncu wchodzac w zwiazek malzenski obiecuje sie byc przy boku tej drugiej osoby zarowno w chwilach szczesliwych jak i tych ciemnych, szaro-burych, w ktorych zyc sie odechciewa. I to jest kwintesencja sztuki zycia w zwiazku!
Bo to jest tak - widziec sie nie widzimy. Rano wstaje, robie swoje, wyprowadzam psa, pije kawe, jem sniadanie... Maz pojawia sie dopiero na jakies 20 minut przed moim wyjsciem z domu. Robi sniadanie, wlacza telewizor i w przerwie miedzy wiadomosciami interesujacymi a wiadomosciami nieinteresujacymi probuje prowadzic jakas dyskusje. Wiadomo, jaki poziom tego typu dyskusje reprezentuja... Zadne z nas nie dochodzi do niczego sensownego, bo telewizor rozprasza.
Czasami udaje mi sie Meza mojego zobaczyc chwilke w dzien, kiedy albo przychodzi odebrac Brodacza z naszej pracy i wziac do domu na odpoczynek, albo pomoc mi z jakims innym czworonogiem. Najdluzej godzine. Ale wiadomo jak to jest, majac trzy, cztery czy piec psow trudno jest prowadzic jakakolwiek dyskusje na poziomie - znow.
Gdy przychodze z pracy, jego juz nie ma. Gdy on wraca, ja juz spie, bo rano wstaje sporo wczesniej i, trzeba przyznac, poza tym troche wiecej snu potrzebuje niz on.
Weekendy spedzamy na wlasnych zajeciach. Ja pracuje, a jak nie pracuje, to tropie z psem, a jak nie tropie, to jestem w domu, ale... sama z czworonogiem, bo Maz ma np. swoje mecze w kregle, albo turniej (jak w ten weekend). Albo kolega do niego przyszedl (a przeciez nie bede mu odmawiac kolegow, bo przez to juz przechodzilismy - podla ja - i nie bylo zbyt fajnie; poza tym to kolega, ktory sam mieszka w stolicy, wynajmuje jeszcze pokoj u jakiejs babki, wiec nie ma wlasciwie wlasnego kata, wiec mysle, ze i jemu dobrze robi pobyt u nas, gry na X-box czy jakies glupawe komedie i piwo w rece).
W tym momencie pewnie przerwiesz i powiesz, ze moge zazadac chwili dla mnie - i masz racje. A raczej mialbys, gdyby nie cos innego. Pare dni temu opuscil nas moj Tesc, czyli moj Maz stracil wlasnego ojca. W zwiazku z tym ani nie wiem, jak mam sie do niego odezwac, ani nie wiem, co w jego glowie siedzi... Dlatego nie marudze, nie wkraczam z buciorami, nie zadam, tylko czekam. Czekam na dzien pogrzebu i czekam na rozwoj sytuacji. Czekam, az ktokolwiek zdecyduje cokolwiek, bo ktoz ja jestem, zeby podejmowac decyzje dotyczace ich rodzinnych spraw?
Poza tym zlapalo go przeziebienie, dawno juz, i nie puszcza. Kaszel, katar, do tego jeszcze, jak co wiosne, alergia. W tej sytuacji naprawde nie czuje, ze odpowiednio byloby prosic go o spelnienie moich wlasnych potrzeb, badz co badz egoistycznych.
I tak siedze sobie w piatkowy wieczor, w sobotni wieczor... Sama z czworonogiem. Wlaczam film. Robie popcorn, choc wcale nie mam na niego ochoty. Ochote mam na bliskosc mezczyzny, mojego mezczyzny, mezczyzny, ktory wlasnie wyjechal na weekend i wroci w niedziele (dzis znaczy). I teraz powiedz mi, Drogi Czytelniku, co z tym fantem zrobic?
Czasami przychodza mi do glowy mysli nieokielznane. Ochote mam spakowac manatki i wyjsc. Albo w ogole, jak za dawnych czasow, zostawic wszystko, umalowac sie, wystroic i wyjsc na cala noc, obudzic sie w ramionach kogos innego, zapomniec o problemach.
Stracilam w ciagu ostatnich 2 lat 18kg, tylko w ciagu ostatniego roku prawie 10kg. Z powodu mojej pracy sylwetka zaczyna wygladac przyzwoicie, miesnie rzezbione... Ze tak brzydko sie wyraze, chcialoby sie komus to pokazac, pochwalic sie, zobaczyc ten blysk w oku mezczyzny, gdy widzi piekna kobiete - poki jestem jeszcze mloda! Chcialoby sie przetanczyc cala noc (mimo, ze nie tancze), chcialoby sie spaceru za reke przy swietle ksiezyca w jakiejs romantycznej scenerii...
Chcialoby sie mezczyzny, ktory prowadzi podobny tryb zycia, ktory tez czuje tak samo silna motywacje do zrzucenia wagi - ktory tez zmienia sie na lepsze fizycznie wraz z latami. A tu mezczyzna, ktory juz jak znajdzie chwilke, zeby nie robic nic waznego, siada na swojej ulubionej kanapie, robi kanapke i wlacza tv - a w tv potrafi gapic sie naprawde godzinami. A ja nie potrafie nic na to powiedziec w chwili obecnej - ze wzgledu na nasze rozmijanie sie (jak juz jestesmy chwilke ze soba nie chce sie klocic), ze wzgledu na smierc bliskiej osoby, ze wzgledu na jego alergie i przeziebienie... z wielu wzgledow, po prostu.
Ale zaraz lapie sie za glowe: "Co ty tu babo wymyslasz?!" - przeciez to, przez co przechodzimy obecnie, to czesc doroslego zycia - nieodlaczna, nieunikniona... Nie mozna trwac w zwiazku poki jest kolorowo, a potem uciekac, jak tylko cos zlego sie stanie. Ta czesc zycia doroslego, ktora teraz przezywamy, ma jeszcze jedna ceche charakterystyczna - nie jest wieczna! Prawdziwa sztuka doroslosci jest ja przetrwac z wiara i nadzieja na to, ze wszystko, co w zyciu pozytywne, wroci do nas w odpowiednim czasie.
W koncu wchodzac w zwiazek malzenski obiecuje sie byc przy boku tej drugiej osoby zarowno w chwilach szczesliwych jak i tych ciemnych, szaro-burych, w ktorych zyc sie odechciewa. I to jest kwintesencja sztuki zycia w zwiazku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
